niedziela, 3 maja 2015

Od Ivy

  Przebierałam się w szatni w szpitalu, zawiesiłam biały kitel na wieszak i czekałam na taksówkę. Podszedł do mnie doktor Orda jakiś załamany.
-Co się stało? - spytałam ciekawa.
-Nie twój interes.
-Daniel... - zawołałam go gdy odchodził. - Porozmawiajmy... Co się dzieje?
-Chodzi o Louis...
-O twoją dziewczynę? Co się stało?
-Miałem bójkę z Fabianem o Louis. Chciał mi ją bzyknąć! Gdybym nie przyszedł w porę do domu to by...
-Ale wpuściła tam Fabiana... więc chyba nie miałaby nic przeciwko.
-Nie mów tak o Louis. Nie jest taka.
-No nie wiem, nie znam jej ale... No opowiadaj.
-Gdy się z nim miałem bić on zamachnął się pierwszy... kiedy go raz uderzyłem on mnie sprał... widzisz po mojej twarzy... A potem Louise poszła ze mną do parku i powiedziała, że to koniec,nie jestem dla niej, że zasługuję na inną... Jest na mnie za dobra.
-Och daj spokój. Louis to zwykła tępa blondyna która cię nie docenia.
-Robiłem dla niej wszystko...
-Robiłeś dla niej wszystko, a czy ona zrobiła coś dla ciebie?
-No tak, sprawiała, że byłem szczęśliwy... że cały stres w robocie, wszystkie problemy przy niej znikały...
-To nie tak powinno działać... - westchnęłam.
-Jak ją odzyskać? - spytał po dłuższym namyśleniu.
-Pokazanie się z inną laską na jej oczach powinno wzbudzić zazdrość i chęć powrotu do ciebie... najstarszy numer świata.
-Nie zawsze działa.
-Pierdzielisz. - machnęłam ręką. - Weź Florence, wtajemniczę ją w to wszystko.
-Dobra. Umowa stoi. Jutro na imprezie pożegnalnej Florczyka.
-Okej.

  Na imprezie pożegnalnej było pół miasta, bo tutaj był najlepszy klub w mieście. Ludzie schodzili się tutaj, było tu cholernie drogo ale lubiłam to miejsce.
-Obserwuj nas. Proszę.
-Nie!
-Proszę! - błagał Daniel.
-Dobra! Jezzuuu!
  Stałam przy ścianie i obserwowałam jak rozmawiają z Louise. Zobaczyłam, że przyszła z zadbanym facetem o kilka lat od niej starszym. Unosił się, chodził jakby uważał się za kogoś wyższego. Louis była zadowolona z jego postawy, ale gdy oni rozmawiali nie odzywała się. Daniel wraz z Florence i tym facetem toczyli chyba jakąś kłótnię. Flor doskonale wcieliła się w rolę dziewczyny Ordy. Jednak Lou nie była zainteresowana niczym dookoła, tylko widziała swojego facecika. To nie ma sensu.
  Nie chciałam w to ingerować, bawiłam się w przedszkole czy podstawówkę, zniżałam się teraz do dna... ale Danielowi chciałam pomóc choć się nie lubiliśmy. Wrócili do mnie a Daniel był załamany.
-Robiłem dla niej wszystko... byłem na każde jej zawołanie... Kocham ją!
-Nie bądź ciota i weź się w garść. - poklepałam go po ramieniu. - Pogadam z nią.
-Po co?
-Będzie śmiesznie. - powiedziałam ironicznie.
  Podeszłam do pary całującej się obrzydliwie, stanęłam koło nich i chrząknęłam.
-Czego chcesz blondyneczko? - spytał facet.
-Nieźle podkradać czyjąś laskę, ty to nie ten Fabian?
-Ta, i co?
-Ach! To ten zadufany w sobie pedałek! Niezłe ciacho. - parsknęłam.
-Zamknij się. Przynajmniej jestem od ciebie ładniejsza.
-Zabawmy się. - spojrzałam na Fabiana ignorując doczepkę Louis. - To, które pierwsze z nas wypije tą szklankę setki wygrywa kasę.
-Sto dolarów. Dla mnie. - poprosiła Louis.
-Dobrze skarbie, teraz bądź cicho.- odrzucił jej rękę na bok i zaczęliśmy pić.
  Ja piłam wolno specjalnie, a on ucieszył się i walnął mnie w ramię.
-Dawaj kasę słońce.
-Masz, kup jej mózg. - odwróciłam się z uśmiechem.
-A co to miało znaczyć?! - oburzyła się dziewczyna.
-To, że jesteś naprawdę głupia i ślepa że wybrałaś kogoś kto ma kasę a nie wielkie serce.
-Idź szmato. Mam dość twojego szczekania. - szepnęła Louis.
  Wkurzyłam się.
-Po prostu... - zająknęłam się gdy zobaczyłam jak ręce mi czernieją. - pójdę już...
  Przestraszona minęłam tłum ludzi i wpadłam na kogoś. Nie mogłam się przedostać dalej więc zdenerwowana krzyknęłam na faceta który zaszedł mi drogę. Przekrzykiwałam głośną muzykę trzymając się za rękę. Zaczęła piec, zdziwiłam się.
-Przejdź! - krzyknęłam.
  Nie patrzyłam na tego faceta, ale poznałam jego buty. Tak, dziwne, że poznałam Michaela po butach. Podniosłam wzrok i zdziwiłam się.
-Co tu robisz?
-Aktualnie próbuję się rozerwać. Czemu nie ma z tobą kontaktu?
-Bo nie chcę być na ''twojej tapecie'' 24 godziny na dobę. Żyj własnym życiem... ja próbuję.
-Pokaż...
-To nic takiego. - schowałam rękę ale on i tak mnie zabrał.

  U niego w domu rana nie piekła, piłam jego wino byłam odrobinę wcięta. Gadałam głupoty a Michael miał ze mnie niezły ubaw.
-... mówiłam mu, idź! A on, że woli parówki... zabrzmiało to trochę dwuznacznie!
-Jesteś pijana. - zaśmiał się.
-Jak dałeś mi całą butelkę wina to co będę żałować!
-Daj mi to.
-Idźźź... tam gdzieś!
-Daj mi to Ivy. - zaśmiał się i odebrał mi pustą butelkę.
-Szybka jesteś w piciu...
-I nie tylko! - parsknęłam śmiechem i położyłam się na kanapie. - Odwieziesz mnie do domu? Mieszkam na... na... czekaj... mylą mi się ulice... Uwaga! Nastąpiło zwolnienie maszyny losującej! - zaśmiałam się znowu i po chwili padłam jak mucha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz