Nie odzywałam się. Patrzyłam w okno z założonymi rękami.
- Będziesz mi robił teraz problemy tak jak o Ivy kiedyś? -warknęłam. Widząc jego reakcję, odrobinę się zmieszałam. Nie powinnam być tak ostra.
Mój c h ł o p a k, jednak nie pozostawał mi dłużny.
- Postanowiłaś się zabawić w nianię, dobrą przyjaciółkę i wzorową Nefelim. Fajnie. Tylko gdzie ja?
Nic nie odpowiedziałam.
Nie potrafiłam.
Nie mogłam...
Cisza się przedłużała. Na język cisnęły mi się słowa, które na pewno bardzo zraniły by Matt'a.
Wyjrzałam przez okno. Las. Piękny, wielki, stary las. Lubiłam przychodzić do Matthew'a. Siedzieć z nim na werandzie i obserwować widoki. Czasem razem biegaliśmy po lesie...
Dziś też tak mogło być. Moglibyśmy cieszyć się chwilami, których ostatnio mieliśmy coraz mniej...
Ale nie. No bo po co? Matt musiał wyjechać z tekstem, że go "zaniedbuje".
- Odpowiesz coś? - wyrwał mnie z zamyślenia, a ja odwróciłam się.
- Nie mam już ochoty dziś z tobą rozmawiać - ucięłam stanowczym tonem, jak nigdy. Chyba go lekko zaskoczyło. Ruszyłam w kierunku drzwi nie zaszczycając go wzrokiem.
Gdy zeszłam z drewnianych schodów, słońce już zachodziło. Mimo że zaczęło się ściemniać, postanowiłam iść spokojnie najdłuższą drogą przez las. Potrzebowałam wytchnienia.
Nasunęłam kaptur na głowę i szybkim krokiem weszłam między drzewa. Czułam na sobie wzrok Matta. Wiedziałam, że stoi na schodach, jednak teraz...? Nic mnie to nie interesowało.
Byłam ciekawa co słychać u Diany. Miałam nadzieję, że nie zdążyła uciec np. wyskakując przez okno.
Próbowałam zadzwonić do Cole'a, jednak nie odbierał. Pewnie znów grał w ten swój cały bilard i bawił się kosztem niewinnych dziewczyn, którym wpadł w oko.
Kochałam swojego brata, jednak musiałam przyznać, że serce miał z kamienia. Stopniało lekko tylko raz, dla pewnej dziewczyny...
A po jej śmierci znów skamieniało, wydawać by się mogło... na zawsze...
Jednak ja - jako wieczna optymistka - wierzyłam, że mój brat jeszcze zakocha się w niejednej.
"Próżne nadzieje" - szepnął mi jakiś natrętny głos z tylu głowy, jednak zignorowałam to.
Nawet nie zauważyłam, że całkiem się ściemniło, gdy przeszłam ledwo połowę głowi. Postanowiłam przyspieszyć i w tej właśnie chwili zauważyłam szelest między krzakami.
- Co jest? - mruknęłam do siebie i odwróciłam się.
Nagle ziemia zadrżała pod moimi stopami. W pierwszym odruchu odskoczyłam gwałtownie, jednak zaraz natychmiast się opanowałam.
Tak jak mnie uczono przez wiele lat, błyskawicznie wyjęłam dobrze naostrzony miecz ze sakwy.
- Kto tu jest? - krzyknęłam, a parę kruków zerwało się z koron drzew.
Odpowiedziała mi cisza.
I wtedy właśnie zauważyłam dziwne znaki tworzące się na suchej, spalonej zapewne przez pożar, ziemi.
W pierwszej chwili nie wiedziałam o co chodzi.
Dopiero później zorientowałam się, że jest to zdanie.
Przeraziłam się, gdy zobaczyłam, że wszystkie litery w blasku księżyca wyglądają jak napisane z krwi...
Jednak najgorsze było zdanie, które odczytałam.
"Oddajcie Nam Dianę, przeklęte Nefelim. Albowiem jeżeli tego nie zrobicie, poniesiecie surową karę".
Niewiele myśląc zaczęłam biec.
Każdemu kolejnemu krokowi towarzyszyło przeraźliwe krakanie ptaków i wspomnienie groźby namalowanej czyjąś krwią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz