czwartek, 30 kwietnia 2015

Od Diany

Kiedy ten Cole wyszedł spojrzałam się na jedzenie. Byłam głodna jednak nie zjadłam nawet kęsa. Wolę umrze z głodu niż jeść jedzenie niewiadomego pochodzenia. A jak jest otrute?!
Po pewnym czasie poszłam spać. Nie wiedziałam nawet która jest godzina.

Tęskniłam za tatą... Może i nie był moich prawdziwym ojcem ale wychował mnie i to on był zawsze przy mnie.
Martwiłam się o niego. Ciekawe ile minęło od porwania. Tata pewnie teraz staje na głowie by mnie odszukać. Policja i media są pewnie powiadomione.
Było mi z tego powodu sutno. Tata nie zasłużył sobie na takie coś. On mnie kocha i teraz pewnie jest załamany. Dlaczego mu to zrobiłam? Gdybym nie wychodziła w nocy z domu... Byłabym teraz przy nim... bezpieczna.

****

Kiedy wstałam miałam mieszane uczucia. Byłam głodna, przestraszona, zdezorientowana, załamana ale także miałam ochote z kimś porozmawiać. Povprostu odezwać się do kogoś. Przebywanie  samemu w zamkniętym pomieszczeniu może sprawić iż każdy zwariuje. Nikt normalny nie wytrzymał by dlugo bez kontaktu z drugim człowiekiem.
Zastanawiałam się co mogą chcieć ode mnie porywacze. Pieniędzy nie chcą podobno. Wiedzą o moim darze jednak ja zaprzeczam iż go mam. Nic nikomu nie powiem. Podpisałam cyrograf a w jednej z zasad w nim zapisanych było dochowanie tajemnicy.
Nadal zastanawiem się czy poddanie się przeznaczeniu było dobrą decyzją. Jednak... sama nie wiem. Od przeznaczenia się nie ucieknie. Ono zawsze się spełnia. Więc po co miałabym to odwlekać? No ale walka nawet przegrana lecz z dobrymi intencjami, w dobrym celu jest najważniejsza. Jednak teraz nie moge nic zrobić. Jedyne co zostało mi to czekanie aż zakończy się umowa z cyrografu. Mama kiedy zapytałam jej się czy jest on taki jak inne, na 10 lat powiedziała że tak jednak nie byłam pewna czy to prawda. Jednak po co miałaby kłamać? Jest moją mamą, chce dla mnie jak najlepiej! Nie zrobiłaby nic co nie byłoby dla mnie dobre.
Wychowywanie się bez matki jest trudne. Inne dziewczynki dowiadywały się wszystkiego o dojrzewaniu od swoich matek a ja? Od opiekunek, gosposi... To nie jest fajne. Lecz miałam z nimi dobry kontakt. Były w jakimś stopniu dla mnie jak matki. A teraz kiedy mam przy sobie (a raczej miałam zanim mnie porwano) moją prawdziwą i jedyną mamę... czułam się szczęśliwsza.. a przynajmniej w jakimś stopniu. Gdyby nie te całe demony i tak dalej było by doskonale. Jakoś bym funkcjonowała normalnie z tym swoim darem. Może wtedy nawet bym go nie miała? I wtedy byłoby inne moje przeznaczenie.
Nie chciałam być zła. Chciałam być dobra. No ale los chciał inaczej. Bogini Fortuna jest znana z tego że lubi się zabawiać. Jednym daje innym odbiera.
Drzwi się otorzyły nagle. Do pomieszczenia wszedł chyba ochroniarz. Położył mi na stoliku jedzenie poczym wyszedł. Tego też nie zjadłam mimo iż bylam głodna. Wolę umrzeć z głodu.
Usiadłam w wygodniejszej pozycji i skupiłam się.
-Mamo-staralam się nawiązać więź telepatyczną.
Zero odpowiedzi.
-Mamo jestem przetrzymywana. Nie wiem czego porywacze chcą ale wiedzą o darze.
Nic. Cały czas to samo.
-Pomocy!
Cisza. Jednak warto chociaż starać się...

Od Cole

- I jak?! Opowiadaj wszystko! - dopadła mnie siostra na korytarzu, gdy tylko wszedłem do środka.
Roześmiałem się cicho.
- Spokojnie. Pozwól mi się może na początek rozebrać, co?
 - Tylko nie rozbieraj się godzinę - rzuciła i poszła do kuchni.
Przewróciłem oczami i po chwile ruszyłem za nią.
W kuchni siedziała smutna Beathe.
- Co jest? - spytałem nalewając sobie Jack'a Daniels'a do szklanki.
-  Tęsknie za nią - wydusiła, jednak nie dowiedziałem się już za kim, bo siostra zbombardowała mnie pytaniami.
- Wpuścili cię do niej? Rozmawiałeś z nią? Jak się ma? Jest zdrowa? Udzieliła ci jakiś informacji? Faktycznie ma ten dar? Jest...
- Lena - przerwałem jej spokojnie - Zaraz ci wszystko wyjaśnię.
Westchnęła.
- Ile można czekać...
- Widzę cierpliwością nie grzeszysz - odparłem rozbawiony.
Beathe nagle wstała.
- To ja się będę zbierać..
- Poczekaj - zaoponowałem.
- Mam zlecenie - ucięła - Wpadnę wieczorem.
I już jej nie było.
Pokręciłem głową. 
- Mogłabyś odrobinę zainteresować się jej losem... - mruknąłem i upiłem whisky.
Westchnęła.
- Chodzi o tą Ivy. Martwi się o nią. Rozmawiałyśmy godzinę...
- No dobrze, dobrze - uciąłem. To były ich babskie problemy, postanowiłem nie zaprzątać sobie tym niepotrzebnie głowy.
- Mówisz wreszcie o tej Dianie, czy nie? - spytała Lena już mocno zniecierpliwiona.
- No mówię, mówię - odparłem z westchnięciem.
- Słucham - zakomunikowała siostra.
- Więc tak. Owszem wpuścili mnie do niej. Byłem krótko. Chwilę z nią rozmawiałem. Ma się... A jak może się mieć więzień?! Jest zdrowa. Nie udzieliła mi żadnych informacji, udaje, że nie wie o co chodzi. Nie wiem czy ma dar, nie chciała powiedzieć.
- Mówiła coś istotnego? - dopytywała Lena.
Westchnąłem.
- Lena, tłumaczę ci. Nic nie chciała powiedzieć. Chyba nawet nie tknęła jedzenia, które dali mi strażnicy..
Siostra westchnęła.
- Naprawdę przejęłam się jej losem...
- Widzę - uciąłem, po czym zaproponowałem - Może ty z nią porozmawiasz?
Lena parsknęła.
- Dobrze wiesz, że mnie do niej nie wpuszczą. Przecież jestem dziewczyną. Na pewno coś nawalę - dodała z przekąsem.
Westchnąłem. Co fakt to fakt. Arce nadal miało wypatrzone poglądy na temat kobiet. Wolało, aby siedziały one w domu. Zajmowały się dziećmi, gotowały i sprzątały - nam wojownikom.
Z wieku na wiek ten stereotyp przestał być tak surowo przestrzegany, jednak... nadal gdzieś pozostały po nim zalążki.
- Odwiedzisz ją jeszcze? - wyrwała mnie z zamyślenia Lena.
- Żeby ją odprowadzić na rozprawę - tak, odwiedzę.
- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi - burknęła siostra.
Roześmiałem się lekko i upiłem kolejny łyk alkoholu.
- Nie mogę u niej siedzieć 24 h Lena. Może zajrzę do niej dwa dni przed rozprawą, aby ją  jakoś psychicznie przygotować.
- No nie bądź taki - mruknęła zła - Ona potrzebuje rozmowy...
- Lena...
- Proszę, odwiedź ją jutro!
Westchnąłem.
- No dobrze. Ale wiesz, że robię to tylko ze wzgląd na ciebie...
- Dziękuje - odparła z westchnieniem ulgi.
Potem jeszcze chwilę porozmawialiśmy o planach na wieczór. Pożegnawszy się z nią szybko poszedłem do sali treningowej trochę potrenować. Dawno tego nie robiłem...

Od Diany

Spałam kiedy ktoś otworzył drzwi. Podniosłam się i usiadłam skulona w kącie. W pokoju panował półmrok jednak ja widziałam świetnie. Przypuszczałam że moje oczy są ciemniejsze ale nie czarne. Do pokoju wszedł młody chłopak. W ręce trzymał tackę z jedzeniem.
-Witaj Diano. -odparł a ja milczałam.
Podszedł do mnie.
-Jesteś pewnie głodna.
Położył obok mnie tackę. Jednak ja tylko spojrzałam się na nią.
-Jedz.
-Czego ode mnie chcecie? Okupu? Tata na pewno zapłaci tyle ile chcecie.
-Nie chcemy pieniędzy.
-To co chcecie?
-Nie domyślasz się?
-Nie. Ja chcę do domu. Tata już pewnie powiadomił policje..
-Nie martw się. Nic ci się tu nie stanie.-powiedział to tak jakby nie był tego pewny?
-Po co ja wam?
-Nie jesteś do końca zwykłą dziewczyną.
-Co? Jestem normalna dziewczyną!
Trochę spanikowałam. Mama zabroniła mi komukolwiek powiedzieć o moich zdolnościach jak i o tym wszystkim co się dzieje.
-Kontaktujesz się z duchami.
-Co? Nie! Jesteś nienormalny? Duchy nie istnieją!
-Nie kłam my wszystko wiemy.
-Co wiecie?
-Wszystko.
-To znaczy?
-Może ty mi to powiesz?
-Nic wam nie powiem.-odparłam zła jednak także przerażona. 
Za wyjawienie tajemnic piekieł mogę oberwać. 
-I tak wszystko powiesz. Za parę dni staniesz przed radą. 
-Do tego czasu mnie tu nie będzie. 
-Dlaczego wybrałaś tę drogę?
-Jaką?
-Zło.
-To mój interes.-powiedziałam starając sie ukryć ból.
Dlaczego? Bo od przeznaczenia nie ucieknę a ono jest właśnie takie. -pomyślałam lecz tego nie powiedziałam. Czułam jak do oczu napływają mi łzy jednak nie będę płakać a jak już to nie przy porywaczu!
Drzwi sie uchyliła nagle i usłyszeliśmy mocny męski głos. 
-Cole pośpiesz się. 
-Tak już! 
Kiedy sienie patrzył na mnie po policzku spłynęła mi łza. Szybko ja starłam. 


Drzwi sie zamknęły a (a jak sie okazało COLE) spojrzał na mnie.
-To ty mnie porwałeś.-powiedziałam.
-Skąd wiesz? I wolę zamiast porwałeś to "dostarczyłem". 
-Twój zapach cie zdradził. Jestem spostrzegawcza i mam dobrą pamieć. 
A poza tym te perfumy są ładne ale tego już ci nie powiem bo brakuje mi tylko zakolegować sie z jakimś dziwakiem który mnie porwał. 

środa, 29 kwietnia 2015

Od Leny

Siedziałam wtulona w Matta oglądając z nim film. Nie interesował mnie zbytnio, pełen science fiction. Latające statki kosmiczne i dziwne ufoludki, zdecydowanie nie były w moim typie.
Matt natomiast patrzył w to jak zahipnotyzowany. Jak ten film się nazywał? Ah tak, "Gwiezdne Wojny".
Naprawdę starałam się nie okazać swojego znudzenia, jednak gdy tylko pojawiła się reklama, powiedziałam do swojego chłopaka słodkim głosikiem.
- Matt, przyniósłbyś mi picie?
Wstał przewracając oczami.
- A małej Lence rączki urwało?
Roześmiałam się.

http://38.media.tumblr.com/tumblr_m72cvixGOz1rqmypj.gif

 Gdy usłyszałam w kuchni stukot szklanki, opadłam na oparcie i zamyśliłam się głęboko.
 Za tydzień miało się odbyć przesłuchanie Diany. Biedna musiała czekać aż tak długo w lochach Arce, ponieważ Mentor wyjechał w pilnych sprawach do Urbem. Naprawdę było mi jej szkoda. Wiedziałam, że może do niej wchodzić tylko strażnicy i mój brat, ponieważ to on ją.. hm.. "dostarczył". Postanowiłam, że dziś z nim porozmawiam, aby wytłumaczył tej biednej, niewinnej dziewczynie co się dzieje.
Zrobiło mi się jakoś chłodno. Już nie byłam w dobrym nastroju. Nawet słońce przestało świecić. Szybko poszłam do sypialni, ubrałam bluzę i związałam włosy.
 Gdy Matt wrócił z kuchni i zastał mnie w takim stanie, powiedział z westchnięciem.
- Skarbie, za dużo ostatnio myślisz.
- Po prostu zastanawiam się nad losem tej dziewczyny - odparłam.

http://i1153.photobucket.com/albums/p510/YoureStillAnInnocent/983f33eb.gif
Mój chłopak westchnął i usiadł.
- Wiedziałem - mruknął podając mi szklankę, a ja przyjęłam ją automatycznie - Cokolwiek zdecyduje z jej losem Arce... Nie chce żebyś się zadręczała.
- Nie martwię się tylko o nią - odparłam i odłożyłam szklankę na stolik. Wstałam podchodząc do okna - To prawie demon. Myślisz, że oni się nie upomną ? Że zostawią "swoją" w niebezpieczeństwie? Od dawna żyjemy z nimi konflikcie, który stopniowo narasta. Jeśli znajdą byle pretekst... - tu właśnie Dianę - może rozpętać się prawdziwa wojna...
Matt podszedł do mnie od tyłu i objął mnie ramionami.
- Lena... - wyszeptał całując mnie w szyję. Przestał go nawet interesować fakt, że reklama skończyła się parę minut temu - Wiesz, że Aniołowie są znacznie silniejsi od.. od tych podmiotów szatana. Arce nawiązało sojusz z wilkołakami, czarodziejami a nawet starym rodem elfów...
- Natomiast demony po swojej stronie mają wampiry - odparłam z przekąsem - Myślisz, że nie wiem że niektórzy z waszego gatunku zaczynają się... wyłamywać?
Poczułam, że Matt drgnął. Nie chciałam go zranić, jednak to była prawda.
- Wiesz, że my... że ja...
Westchnęłam.
- Matt, wiesz jakie jest życie - spojrzałam mu prosto w oczy - Martwię się o tą dziewczynę, ale... jeszcze bardziej martwię się o mojego brata. O ciebie. O moich przyjaciół i dalszych znajomych. O cały nasz ród. Po to istniejemy na ziemi, aby chronić ludzkość i zabijać "zwierzęce" demony oraz nie dopuszczać tych chorych umów na rozdrożach. Mamy pilnować porządku... Jeśli...
- Kochanie - przerwał mi nagle Matt -  Będzie dobrze.
Te dwa słowa powiedział z taką mocą, że niemal w nie uwierzyłam. W każym razie... uspokoiłam się lekko.
No cóż... Będzie co ma być. A Cole'a poproszę, aby porozmawiał dziś z Dianą. Może jednak światło jeszcze dla niej świeci...

Od Ivy

  Poszłam w stronę lasu i jak najszybciej chciałam być w domu. Colin się ulotnił, nie widziałam go ani nie słyszałam, ucieszyłam się. Nie traktowałam go jak swojego brata... już nie.Zadzwonił telefon, był to mój tata. Stęskniłam się za nim odrobinę... 
-Cześć tato. 
-Musisz mnie odwiedzić, Ivy... jest tu świetnie. 
-Teraz jesteś w...?
-Amsterdam. 
-O! Naprawdę?! Uwielbiam Amsterdam!
-Wiem, zawsze Ci obiecywałem przyjazd tutaj...
-Od dziesięciu lat mi to obiecujesz. - zaśmiałam się. - Kiedy wracasz do mn... nas?
-Nie wracam skarbie... 
-Jak to?
-Jesteś już dorosła... masz dwadzieścia lat. Dom jest twój i Colina... 
-Nie przyjedziesz tu? 
-Ech... Nie, nie mogę. Mam tutaj sprawy z książką i mam tu dla kogo żyć.
-A tutaj nie miałeś?
-Ależ miałem, chodzi o to, że mam tutaj kogoś.
-M... Masz kogoś...? - zdziwiłam się. 
-Tak. - westchnął. - Przepraszam, że przedtem nic nie mówiłem. 
-Nie ma sprawy... ważne, że jesteś szczęśliwy. 
-Mama do mnie dzwoniła, Ivy...
-Naprawdę?
-Tak... Pamiętasz, że miałaś iść na medycynę?
-Tato, tak postanowiliście sami ale ja nie wiem co chcę robić.
-Wiesz... sama jako dziecko lubiłaś grać w gry w...
-Wiem... Tato... ja zaczęłam już studia, właściwie je już kończę... 
-Czas Ci ucieka córcia. To fantastycznie. 
-Wiem... Zaraz znajdę pracę i zrobię specjalizacje. 
-Zdaję sobie sprawę z tego, że nie chcesz iść na medycynę ze względu na obecność mamy...
-Do pracowania zostało kilka tygodni... a z mamą dam radę. Już niedługo po studiach zacznę szukac pracy. 

***

  Miesiąc po ukończeniu studiów zajęłam się pracą. Sprzedałam swój dom i kupiłam sobie mieszkanie w centrum pięknego Seattle. Uczyłam się od podstaw i przykładałam się do pracy. Pracowałam na dziecięcym, w sumie szłam w tym kierunku. Uwielbiałam dzieci... a pracowanie z nimi i opiekowanie się to dla mnie sama przyjemność. 
  Nie przejmowałam się swoim jednym wielkim minusem... ''drzwi'' mogą się same otworzyć i przeze mnie znów przejdą demony. Jednak na razie jestem odporna i nie pozwalam na przejście przeze mnie. Unikałam przez ten cały czas domu Michaela, dobrze zrobiłam... chyba. Powinien się przestać mną interesować, zawracałam mu głowę niepotrzebnie. 
  Poszłam do gabinetu dyrektorki, pani Kendall, która mnie wezwała. Miała około czterdzieści pięć lat, była chuda, zgrabna i cały czas roześmiana. Traktowała mnie jak swoją córkę, była bardzo w porządku. Jednak nie wiązała kontaktów osobistych w pracy. Praca to praca... 
-Chodź, usiądź. - uśmiechnęła się i zdjęła okulary. 
  Bez słowa wykonałam polecenie i spojrzałam na nią. 
-Jestem zadowolona z twojej pracy, jednak na miejsce specjalizacyjne mam jeszcze jednego kandydata. Chciałabym, żebyś się przyłożyła bardziej. Daj z siebie wszystko.
-Dobrze. A z kim mam rywalizować o miejsce na specjalizacji?
-Z doktor Wanat. Będzie z nią trochę problemów.
-Dlaczego? 
-Zobaczysz sama. Ja jako dyrektorka nie plotkuję na temat pracowników. Moje zdanie trzymam dla siebie. 
-Dobrze, dziękuję. - uśmiechnęłam się i wyszłam. 
  Na korytarzu spotkałam ordynatora. Przywitałam się z nim, był niski, około pięćdziesiątki. Był bardzo radosny na obchodach, zwykle zachowywał powagę ale na sali operacyjnej był naprawdę godny podziwu. 
  W bufecie napotkałam Jen, która miała trzydzieści lat i była chirurgiem. Uśmiechnęła się do mnie i usiadłyśmy razem przy stoliku pijąc kawę. Ona jadła sałatkę. Jen była blondynką, zwykle lubiła szaleć i należała do lekarzy którzy lubili używać ironii, ona robiła to w nadmiarze. Jednak przywiązywała szczególną powagę do pracy. W kontaktach z pracownikami była dość ironiczna, wkurzająca... ale lubiłyśmy się. 
-Nie masz łatwo na tej specjalizacji z Wanat. - zaśmiała się. - To suka. 
-Dlaczego tak o niej ostro mówisz? 
-Potrafi wskoczyć np. twojemu facetowi do łóżka jeśli nie odstąpisz jej miejsca. To suka, mówię ci. 
-Skąd to wiesz?
-Znam ją. Jednak nie zadzieraj z nią ostro, jest córką ordynatora. 
-O mój Boże... - westchnęłam. - Nie chcę z nikim rywalizować w ten sposób... 
-Wytrzymasz. - mrugnęła do mnie. - Ja na przykład drę koty z doktorem Ordą.
-Ordę już zdążyłam poznać, jest naprawdę wredny...
-Ciska słowami jak z procy... bolą, są szybkie i nie da się przed mini obronić... wiesz, ze mną nie ma łatwo. Ja wywalczyłam miejsce na specjalizacji to teraz ma mi to za złe. 
  Zobaczyłam nagle jej czarne oczy. Przeraziłam się i odeszłam od niej. Poszłam do szatni i po drodze spotkałam mamę. Cholera.
-Chciałabym z tobą porozmawiać...
-Nie mamy o czym! Chcesz gadać o tym, jak na moich oczach gdy miałam sześć lat, poszłaś za plecami ojca z tym gówniarzem do łóżka? Nie mamy o czym rozmawiać!
-Ale ja go opuściłam...
-Ojciec kogoś ma, ja zaczynam swoje życie! Nie psuj mi go jest wystarczająco popieprzone! Wyrzuciłam cię ze swojego życia już dawno, tak jak ty zrobiłaś to z tatą, Colinem i ze mną. Nie chcę cię znać. 
-Ivy...
-Przepraszam, ale mam obchód. - popędziłam przed siebie.
  Na obchodzie patrzyłam na wiele dzieci, po chemioterapii, po wypadkach, chorobach... Jedna dziewczynka,Aja. Miała niedobór tlenu w płucach. Jedno pracowało poprawnie, drugie wcale. Chodziła z ciemno niebieskim plecakiem w środku z butlą tlenową. Z niej do nosa dochodziła przeźroczysta rurka która doprowadzała tlen do płuc. Była tu, bo często miała duszności, jej rodzice jej nie kochają, tak powiedzieli ordynatorowi na obchodzie, że nie mają pieniędzy na jej utrzymanie, chociaż oboje są dobrymi prawnikami. Ja wraz z ordynatorem szukamy wyjścia z tej sytuacji, dziewczynka musi trafić do sierocińca. Gdy rozmawiałam o tym z rodzicami dziecka uznali to za dobry pomysł i oddali ją. Od tej pory opiekuje się nią i opiekę przejęła Lily, położna. Jednak jest tutaj i ma na nią oko, zawsze Lily chciała mieć dzieci, ale nie mogła. A ja mam oko cały czas na nią. Miałam szczęście, że przyszło mi decydować o jej zdrowiu, operacjach... 
  Po obchodzie weszłam do jej sali, ale nigdzie jej nie było. Pluszaki, zabawki, domek sięgający mi do pasa był przesunięty pod ścianę a w okół niego leżały misie. Nachyliłam się i uśmiechnęłam się gdy ją zobaczyłam. 
-Czemu się chowasz? 
-Ciiiiśś... 
-Mam szeptać? - spytałam u ukucnęłam przy niej. 
-Tak. 
-A przed kim się chowamy? 
-Przed panem Leonem.
-Ordynatorem, tak?
-Tak. 
-Aaaa... Nie lubisz go?
-Lubię, jest fajny. Czasem jak ma czas się mną zajmuje. 
-Bawi się z tobą?
-W chowanego i w ogóle. 
  Uśmiechnęłam się gdy sobie to wyobraziłam. 
  Do pomieszczenia weszła Lily. 
-A wy co tutaj robicie? - spytała zdziwiona. 
-Chowamy się. - szepnęła dziewięciolatka. 
-Powinnam iść. - wstałam.
-Nie idź! Lubię spędzać z tobą czas.
-Ona musi iść, Aju. 
-Wrócę. - szepnęłam i wyszłam.
  Na korytarzu słyszałam jakieś krzyki dziewczyny, były głośniejsze, na salach i na recepcji ludzie szeptali i z przerażeniem słuchali co krzyczy dziewczyna. Drzwi nagle się otworzyły i ona ruszyła prosto na mnie. Próbowałam się dodzwonić do taty... 
-Nie chcę być w tym miejscu!!! Zostawcie mnie!!! 
-Co jest?! - krzyknęłam na ochroniarzy. 
-Wyrwała się!
-Robicie tu tylko niepotrzebny hałas, dajcie jej leki uspokajające i... - syknęłam.
-Nie!!! - krzyczała. 
-Widzi pani? - warknął ochroniarz. 
-Zajmę się nią, pozwolicie? 
-Może być niebezpieczna... może uciec...
-To tylko zwykła szesnastolatka, na litość boską, Jason! 
  Wzięłam dziewczynę i przekazałam ją ordynatorowi. Jednak gdy nie udało mi się z nią porozmawiać zeszłam do piwnicy. Na dole było kolejne zejście, tam usłyszałam krzyki a potem ciszę. Była druga w nocy, ja miałam dyżur. Zeszłam na dól z ciekawości i weszłam przez uchylone metalowe drzwi. Tam była dziewczyna na łóżku, przeraziłam się samym tym widokiem. 
  Obudziłam ją... chyba. Odkształcała się a jej kości trzaskały za każdym posunięciem. Usiadła, a potem się położyła. Ten widok był nie do zniesienia, to było za wiele. Chciałam stąd wyjść, jednak dziewczyna mówiła coś znajomymi mi głosami.
  Zaczęłam się zastanawiać co robi tu ta odosobniona piwnica. Może tutaj akurat były odprawiane egzorcyzmy na pacjentach... czy coś?
-Wiem kim jesteś...
  Milczałam. Byłam zbyt przerażona by wydobyć z siebie cokolwiek. Cofnęłam się o krok, szłam w kierunku drzwi tyłem, obserwując opętaną kobietę. Wymacywałam klamki, nerwowo przesuwałam ręką po drzwiach. 
-Czuję smród twojego strachu... Masz na imię... Ivy, prawda?
-Skąd... z..znasz... m...moje imię? - jąkałam się. 
  Kobietą była szesnastolatka którą się miałam zająć. Więc była opętana. Uciekłam stąd i zamknęłam drzwi tym samym kluczem którym otworzyłam cholerne drzwi do tego demonicznego czegoś. 
  Na górze rozmawiałam z panią Kendall, która uspokajała mnie. Płakałam przerażona, choć nie była to dla mnie nowość. Takie rzeczy widziałam na filmach, egzorcyzmach z kaset... ale nie na żywo. Wywarło to na mnie duże wrażenie i strach... 
-Trzymacie tam pacjentów? - spytałam.
-Tak, teraz pewnie odbywają się egzorcyzmy. Ten szpital potrzebował tego pomieszczenia. Od początku gdy wiedziałam o opętaniach... tutaj odbywały się egzorcyzmy, tutaj pojawiali się pacjenci ''inni''. 
-Nie mogę pracować wśród opętanych, przepraszam...
-Rozumiem. Nie będą przydzielane ci operacje ani obchody z takimi ludźmi. Oni trafiają do psychiatryków po zdiagnozowaniu opętania. Jednak w innych szpitalach nie uznają takiego czegoś. 
-W takim razie... dobrze... przepraszam za kłopot i za to, że otworzyłam te drzwi.
-Następnym razem... nie wchodź tam. 
-Dobrze. - wyszłam i poszłam do domu. 
  Było po trzeciej, zaczynałam się trochę bać... 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Od Diany

Właśnie szłam na spotkanie z matką oraz by kontynuować zlecenie kiedy wyczułam coś dziwnego. Jakaś dziwna obecność. Jednak to zignorowałam. Wtedy kiedy weszłam w ciemny zaułek ktoś mnie napadł. Nawet nie zdążyłam krzyknąć. Właście wtedy pożałowałam że odesłałam moje psinki. To wszystko działo sie tak szybko że nawet nie mogłam sie obronić. Zemdlałam... albo zasnęłam. Po prostu byłam nieprzytomna.

***

Ocknęłam się w jakimś budynku. W pomieszczeniu w którym byłam nie było okien a drzwi były ze stali. Leżałam na łóżku. Głowa mi pulsowała. Byłam przerażona i nie wiedziałam co robić. Postanowiłam wykorzystać nowo nabyte zdolności... Chciałam skontaktować sie z matką telepatycznie. Nie opanowałam tego dobrze jednak.. powinnam dać radę.
-Mamo porwano mnie.. 
Zero odpowiedzi.
-Mamo nie wiem gdzie jestem...
Także nic.
-Boję się. Zabierz mnie stąd. Niech przyjdą po mnie moje psiaki.
I znowu cisza. Wtedy dotarło do mnie że ten pokój musiał być jakiś dziwny. Coś musiało być z nim nie tak.. coś musiało blokować moje zdolności. Usiadłam i starałam się nie popaść w panikę a po policzkach zaczęły płynąc mi łzy. Cały czas pilnowały mnie cerbery a akurat tej nocy musiałam je odesłać. No ale nie mogłam patrzeć na to jak one mordują się przebywając ze mną na powierzchni.



Kto mógł mnie porwać? Czy to ta osoba która chciała mnie zabić? A może ktoś po prostu chce wyłudzić za mnie okup u ojca.. Roberta? Muszę zachować zimną krew!-powtarzałam sobie. Starałam sobie przypomnieć co mi tata mówił na wypadek gdyby zaszła taka sytuacja. Nie należy udawać bohatera oraz muszę pamiętać iż porywaczom zależy najczęściej na życiu osoby uprowadzonej. Mam nie stawiać oporu. Muszę zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Mam być obserwatorem. Muszę zachować spokój. To podstawa.
Jeśli chodzi o ucieczkę muszę jej spróbować tylko jeśli będzie ona możliwa i realna.
Odetchnęłam. Dam radę!
Mijał czas a nic sienie działo. Zaczęłam sie martwić. Czyżby ktoś mnie porwał by zamknąć gdzieś i zagłodzić na śmierć? Przecież to nie humanitarne! Siedziałam skulona na łóżku i czekałam. Jednak cierpliwość okazała sie nie za bardzo moja mocna stroną. Wstałam i podeszłam do drzwi.
-Hallo!!! Czy ktoś mnie słyszy?!!!!-krzyknęłam.
Zero odpowiedzi. Teraz zamiast być przerażoną zaczynałam czuć złość.
-Hallo!!!-krzyknęłam i walnęłam z pięści w drzwi co poskutkowało tylko bólem reki.
Wróciłam na łóżko i zrobiłam to co jedyne mi zostało.. czekałam.

Od Cole

- Jakie wieści? - spytałem gdy wraz z chłodnym wiatrem do samochodu wszedł Victor.
- Jej ojca nie ma w domu - odparł mój kompan - Ochroniarzem zajmie się Matt i Beathe.
- Świetnie - odparłem z miną seryjnego mordercy, tak, że Victor się roześmiał.
- Cole, wyluzuj trochę. To tylko dziewczyna.
- Podejrzewam, że niestety nie tylko dziewczyna, jeśli Arce się tym zainteresowało.
Victor już nic nie powiedział, a my czekaliśmy.
Minuty mijały, aż wreszcie wyszła z domu.
- Dobrze, że cerbery jej nie pilnują - parsknąłem.
Victor roześmiał się cicho i powiedział.
- To jak? Szybka akcja jak ustalaliśmy.
Westchnąłem.
- Zastanawiam się właśnie...
- Rozważ to, że to już prawie...
- Demon, tak wiem - dokończyłem i zrezygnowany opadłem na fotel.
Victor milczał przez chwilę, a ja odparłem.
- Wiesz, że nie lubię przemocy...
Tą ciszę przerwał nagle jego śmiech.
- Cole Eternal nie lubi przemocy. Ludzie trzymajcie mnie !
Przewróciłem oczami.
- No dobrze. Nie lubię pomocy n i e p o t r z e b n e j.
- Mam ci przypomnieć wieczór na pewnej dyskotece w Rio...
- Dobra, dobra - przerwałem mu rozbawiony.
- A może jednak?
- Może lepiej nie - uciąłem ze śmiechem i zerknąłem na dziewczynę.
- Czyli co? Wersja zostaje ?
Skinąłem głową.
- Szybko i bezboleśnie.
- Tak jest bracie - odparł Victor i wysiadł z samochodu.
Zrobiłem to samo, aby szybko ustąpić mu miejsca.
Ofiara właśnie przeszła przez krawężnik.
Mój zegarek zaczął jarzyć się białym światłem. Od razu nawet z parunastu metrów wyczuł demoniczną obecność.
 Victor zaczął powoli jechać przed siebie.
Działałem szybko.
Puściłem się biegiem i gdy dziewczyna skręcała za budynek dopadłem ją. Wyjąłem małe sprytne urządzonko z kieszeni i przystawiłem jej do nosa.
Natychmiast zemdlała.
Zadowolony bez problemu wziąłem ją na ręce i zaniosłem ją do auta. Wyłączyłem zegarek, bo szalał niemiłosiernie.
- No to teraz do Arce - uśmiechnąłem się szeroko po czym dodałem cicho - Diano...

Od Ivy

  Minął dzień.Rano postanowiłam coś... chyba moja decyzja była słuszna i jak najbardziej w porę podjęta. Poszłam na zewnątrz i napotkałam jakąś dziewczynkę w kuchni a Michael rozmawiał z kimś przez telefon, stał tyłem do mnie ale pewnie wiedział, że przyszłam choć poruszałam się jak myszka. Spojrzałam na twarz dziewczynki, była lekko wystraszona. Wstała z krzesła i podeszła do mnie, chciała złapać za rękę jednak nie pozwoliłam jej na to. Nie wiadomo, czy jestem normalna w pełni czy nadal coś może przejść przeze mnie. Nie chciałam w to wplątywać małego dziecka.
  Wpatrywała się we mnie dużymi, zaszklonymi oczami próbując szukać wyjaśnienia z zaistniałej sytuacji. Pewnie to ta zaginiona dziewczynka... albo i nie.
-Chcesz coś? - spytałam kucając przy niej.
-Nie... ale nie chcę wracać do mamy.
-Dlaczego? - mówiłam szeptem by nie przeszkadzać w rozmowie Michaela.
-Bo jest dla mnie nie miła... krzyczy na mnie często.
-Myślę, że znajdzie się jakieś wyjście z tej sytuacji. - uśmiechnęłam się.
  Dziewczynka poszła usiąść na krzesło gdy Michael skończył rozmawiać. Nawet nie podsłuchiwałam, bo to było by niegrzeczne i nie na miejscu. Wolałam się w nic nie mieszać... Postanowiłam, że przedstawienie swojej decyzji... powinnam przedstawić kiedy sprawa z tą dziewczynką się zakończy... albo powiem Michaelowi dziś o tym co postanowiłam.
  Gdy przeszłam koło dziewczynki złapała mnie za rękę, co mnie przeraziło. Byłam przewrażliwiona na tym punkcie, bałam się, że coś się komuś przeze mnie stanie. Jedynie aniołom czy Michaelowi nie groził mój dotyk, byli odporni na opętania... dziecko... no cóż, dziecko już nie.
  Małej nic się nie stało, Michael spojrzał się na mnie badawczo zauważając moje dziwne zachowanie po dotyku dziewczynki. Westchnęłam ciężko i wyszłam na zewnątrz.
-Co się stało? - usłyszałam za sobą głos Michaela.
-Boje się kogokolwiek dotykać...
-Nie ma sprawy... jesteś normalna, niczym nikogo nie opętasz.
-Nie ma pewności. - odwróciłam się do niego. - Skąd wiesz, że to pewne?
-Bo wiem, mam większe doświadczenie w tym niż ty. - mrugnął do mnie.
  Przewróciłam oczami.
-Znowu mam cię zabierać na imprezy i w ogóle? Teraz jesteś smutna, przed wczoraj byłaś inna.
-Weź... - zaśmiałam się.
-Lepiej.
-Co z tą dziewczynką? - spytałam ciekawa.
-Co ci mówiła?
-Zapytałam pierwsza. - uśmiechnęłam się.
-Ech... Jej matka po moim telefonie że córkę znalazłem... nie przejęła się tym. Znaczy... chciała po nią przyjechać ale była spita. Była tu dziś wczesnym rankiem, wykłócała się ze mną, dziwne, że nie obudziliśmy cię tym.
-Raczej obudzenie mnie jest niemożliwe. Wracając... co do twojego pytania, to ona mówiła mi że jej matka krzyczy na nią, nie jest dla niej miła... wydaje mi się, że się boi.
-Nie pomyślałaś, że kłamie?
-Dziecko może kłamać? Może jednak warto komuś zaufać, według mnie takie dzieci mówią prawdę częściej niż dorośli... uwierz mi. Jeśli tak jest u niej w domu to rzeczywiście potrzebna jest jej pomoc. Co z nią zrobisz?
-Jej matka powiedziała, że wróci po nią...
-... ale ty nie oddasz tej dziewczynki?
-Nie.
-Ale nie masz prawa... ona jest matką, sprawę musisz zgłosić do sądu.
-Wiem, co mam robić.
-Jasne... przepraszam. - spuściłam wzrok. - Muszę ci coś powiedzieć...
  Przeszkodziła mi w tym dziewczynka która podeszła do mnie. Albo coś ją do mnie ciągnęło, albo nudziło się jej. Choć na znudzoną nie wyglądała. Cały czas mi się przyglądała. Uśmiechnęłam się do niej.Michael nie odrywał ode mnie wzroku, jednak ignorowałam to.
  Gdy udało mi się zająć czymś dziewczynkę, Michael poruszył temat.
-Co chciałabyś mi powiedzieć?
-Nic. Albo możesz szukać dziury w całym, Sherlocku. - powstrzymałam uśmiech.
-Mogę, ale jak sama zaczęłaś i zaznaczyłaś, że MUSISZ coś powiedzieć, to mów. Nie ugryzę, może. - uśmiechnął się.
  Pokręciłam głową i postanowiłam... tak, powiem mu to teraz.
-Słuchaj, myślę, że powinnam już stąd... zniknąć.
-Źle ci tu?
-Nie, chodzi o to... nie lubię żyć na czyjś koszt, mam dom...
-Brata, który chce cię rozszarpać. - dodał złośliwie.
-Nie skończyłam... Po prostu wiesz... Masz swoje życie, sprawy i inne... nie chcę żebyś poświęcał swój czas na mnie. Jestem dziwna... byłam dziwna, do czasu gdy opętania mnie opuściły, demony...
-Jak to zrobiłaś?
-Co?
-Wypędziłaś demony, zamknęłaś te... drzwi do zaświatów i piekieł.
-Rozmawiałam z diabłem... pokazał mi się, chyba z nim nawet wygrałam... na tyle miałam sił by wypędzić go z siebie.
-Niezła z ciebie sztuka, sama wypędziłaś diabla? - powiedział z niedowierzaniem. - I uważam, że pomysł ze zniknięciem nie jest dobrym pomysłem.
-Mój brat nic mi nie zrobi...
-Może cię zranić, a nawet zabić.
-Dobra... tu masz racje, ale nie powinnam tu być... przesiadywać tu... mam swój dom, mieszkam tam z opętanym mordercą... Powinieneś chyba o mnie zapomnieć albo coś w tym rodzaju... Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś... - szepnęłam i poszłam przed siebie w stronę domu.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Od Michaela

Patrząc się na Ivy siedzącą przy barze miałem mieszane uczucia, 
trochę za dużo piła ale za to zapomniała o problemach, no ale 
alkohol to nie wyjście z sytuacji. 
Podszedłem do Ivy rozmawiającej z jakimś napaleńcem.
-Ivy, chodź na ten wieczór zaplanowałem coś jeszcze - 
wiedziałem że nie będzie chciała szybko opuścić lokalu gdybym 
powiedział ,,koniec zabawy, pora spać" 
-Naprawdę ? a co ? -spytała popijając whisky 
-Zobaczysz 
Nagle popchnął mnie menel siedzący obok niej.
-A ty kim jesteś ? nie widzisz że ja sobie ją zająłem ? - 
powiedział sprośnie spocony ale o atletycznej postawie chłopak
-Chodź Ivy 
Wyciągnąłem do niej rękę i gdy zaczęła wstawać z wysokiego 
obrotowego krzesła bez oparcia wstał ten kolo obok i zamachnął 
się z pięścią na mnie, zatrzymałem uderzenie lewą ręką i jednym 
 ruchem skręciłem mu nadgarstek. 
-Ty skurwielu ! Boli kurwa ! 
Menel złapał się za bolącą dłoń i usiadł zostawiając odchodzącą 
Ivy i mnie w spokoju. Gdy wychodziliśmy z lokalu Ivy zarypała 
jakiemuś dziadowi z liścia.
-Co jest ? - spytałem z ciekawością 
-Klepnął mnie - powiedziała i poszła przodem.
Bezproblemowo omijając zaćpane towarzystwo doszliśmy do auta, 
zamknąłem drzwi, włączyłem cicho muzykę i ruszyliśmy prosto do 
mojego domu. Już dojeżdżałem do bramy gdy w lesie nagle auto 
odmówiło posłuszeństwa i zatrzymało się na środku polnej ścieżki. 
-Co jest ?- spytała Ivy powoli trzeźwiejąc
-Nie wiem, zostań zaraz sprawdzę, nie wychodź z auta. 
Wyszedłem z auta i rozejrzałem się wzrokiem do okoła, potem 
podszedłem do maski i już miałem ją otwierać ale potężna fala 
popchnęła mnie prosto na nią i z głośnym brzdękiem palnąłem 
głową, jeszcze nie zdążyłem się zorientować co się stało a już 
dostałem kolejny cios, przez który upadłem na ziemię. Sprawcy 
nie było widać za to słychać było potężne machanie skrzydłami.
-Castiel ! Odpuść sobie ! - wykrzyczałem mocno wkurzony, ten 
wieczór miał być odpoczynkiem od takich spraw. 
Leżąc na ziemi kolejny raz niewidzialna siła przybiła mnie do 
gleby, szybko wstałem i oparłem się o drzewo, w samochodzie 
widziałem przerażoną Ivy.
-Michael ! - krzyknęła, przyglądając się mi 
Nic nie odpowiedziałem, puściłem jej tylko oczko.

Prze-teleportowałem się w miejsce z którego Ivy nie będzie 
widziała całego zajścia. 
Z nocnej mgły powolnym krokiem wyłonił się archanioł Gabriel, 
jego skrzydła przenikały przez gałęzie drzew, a on sam nie 
spuszczał ze mnie wzroku.
-Nie Castiel tylko Gabriel, trzeba to skończyć tu i teraz, jesteś zagrożeniem. 
-Chcesz mnie zniszczyć bo co ?! - krzyknąłem 
-Dobrze wiesz czemu, Bóg tak chce 
-Maniakalny morderca ! psychol z ciebie ! 
-To nie ja jestem mieszanką całego zła z domieszką dobra, masz 
w sobie cząstkę Boga Michael, musisz umrzeć. - jego głos był 
nad wyraz spokojny przez co wydawał się psychopatyczny.
-Nic nie poradzę na to, nie chciałem tego ! 
-Nikt nie trwa wiecznie. Bóg przez ciebie nie ma wystarczająco 
sił na zatrzymywania zła w piekle, dlatego wiele demonów 
wydostało się na ziemie i robi zamęt, nie szkoda ci tych 
niczemu nie winnych ludzi ? 
-Ja też nie byłem niczemu winien a umarłem! 
-Takie rzeczy się zdarzają, powinniśmy wtedy nie wpuszczać 
ciebie  do bram niebieskich, zamordowałeś wiele bóstw swoją 
obecnością, no i pozbawiłeś Boga części mocy. 
Teraz staliśmy już oko w oko, niecały metr od siebie, on był 
wyższy ode mnie o jakieś 30 cm, emanowała od niego pewność 
siebie i maniakalna chęć zabicia.
-To jak Michael ? Chcesz uratować ludzi ? 
Chwile się zastanowiłem, tak było by chyba lepiej ,ale zabicie 
mnie tylko w założeniu może przywrócić porządek, a nie  chcę 
ginąć na marne. 
-Zrobię to inaczej - powiedziałem już bez unoszenia głosu 
Zaczęła się walka, mój cios wyprzedził jego uderzenie, Gabriel 
uniknął go rozpływając się we mgle, nagle poczułem że 
materializuje się za mną i wysunąłem z pleców macki które go 
unieruchomiły ale nie na długo, teraz pojawił się 3 metry 
ode mnie i palnął mnie falą uderzeniową  na skutek tego walnąłem 
plecami w drzewo które się obaliło. Jeszcze dobrze nie wstałem 
a juz zacząłem atakować jego bariere umysłu, było to jak 
znalezienie szczeliny w szkle, tyle że ja mam tajną broń, nie 
jestem sam we mnie jest wiele innych którzy razem ze mną 
zaczęli atakować mur myślowy archanioła, to go sparaliżowało, 
teraz staliśmy na przeciw siebie bez ruchu. Sprawę  łamania 
bariery pozostawiłem istotą które zabiłem nieumyślenie i teraz 
żyją we mnie, a sam podjąłem atak fizyczny. Przemieniłem się w 
wielkiego demona kształtem przypominającego lwa w końcowej 
facie rozkładu, i skoczyłem na Gabriela, ale ten uniknął ataku 
po prostu kucając, w tej sytuacji nie był w stanie zrobić nic 
innego, nie mógł przerwać obronny umysłu i przez to nie mógł 
się też bronic fizycznie. Obaliłem go skacząc mu na plecy, 
przeobraziłem się s powrotem w człowieka. Archanioł przerwał 
obronę umysłu i teraz już był mój. Finiszując walkę wyrwałem mu 
skrzydła, trysnęła krew 

i rozpadły się w pył tak samo jak ciało Gabriela.
 Otrząsnąłem się i szybko wróciłem do auta, ku mojemu 
zdziwieniu nie było w nim Ivy i na nieszczęście zaczął jeszcze 
padać deszcz. 
-Ivy ! - zawołałem z marną nadzieją że odpowie. 
Kantem oka zauważyłem piekielnego psa. Przez myśl przeszło mi 
,że one mogły coś zrobić Ivy. Natychmiast pobiegłem za nimi, 
wyraźnie szukały kolejnej ofiary niespłaconego paktu z demonem.
Chwilę je śledziłem, one o tym wiedziały ale to ignorowały, 
czuły respekt do mnie. Szła przy nich też dziewczyna, nieco speszona moim towarzystwem ale uparcie tego nie pokazywała, przyjęła postawę psów czyli ignorowanie mnie.
-Ej ty ! - zawołałem. Od niej mogłem się dowiedzieć czy psy nie zrobiły czegoś Ivy, ale ona mnie zignorowała.
Prze-teleportowałem się zaraz przed jej twarzą.
-Ej kochaniutka, wołałem Cię - powiedziałem lekko poirytowany
Dziewczyna stanęła i nie do końca wiedziała co zrobić, czy się odezwać czy ignorować.
-Czego chcesz ? 
-Czy twoje pupilki nie wpadły przypadkiem na pomysł skrzywdzenia blond dziewczyny siedzącej w czarnej Nawarze tu w lesie ? Ma na imię Ivy. 
-Masz szczęście, nie widzieliśmy jej. 
-Na pewno ? 
-Tak.
Delikatnie uniosłem jej brodę tak aby patrzyła mi w oczy a nie w ziemię. 
-Jestem Michael a ty ?
-Bella - powiedziała po chwili szybkiego zastanowienia
-A tak na prawdę, uwierz mi wiem że kłamiesz.
-Diana 
-Miło mi Diano, skłonił bym się i machnął kapeluszem ale go nie mam. - powiedziałem lekko rozluźniając atmosferę - widzę że nowa w zawodzie, szkoda że nie zdążyłem ci pomóc zanim się w to wpakowałaś. 
-Kim jesteś ? - spytała lekko przechylając głowę w prawo
-Detektywem mieszkam tu niedaleko, chcesz to wpadaj, pewnie będzie o czym rozmawiać a teraz sorry ale muszę znaleźć Ivy. 
Nie czekając na odpowiedz znów pojawiłem sie w aucie tym razem Ivy już w nim była.
 Deszcz do tego czasu zdążył zmyć ze mnie ślady krwi. Usiadłem z porzodu i wkurzony mocno trzymając kierownice spytałem.
-Gdzie byłaś ? 
-W lesie.
-Powiedziałem żebyś nie wychodziła z auta, stało się coś podczas mojej nie obecności ?
-Oj nic się nie stało po prostu długo cię nie było. 
Bez słowa pojechałem dalej do domu. Całą drogę do pokoju w piwnicy panowała napięta cisza między nami. 
-Przepraszam Ivy, wkurzyłem się trochę - powiedziałem siadając na łóżku
Usiadła obok i objęła mnie 
-Wszytko w porządku, miałeś prawo do tego.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Od Diany

Tej nocy dostałam na prawdę poważne zadanie. Miałam pomagać w czasie "zbierania opłat". Nie wiedziałam dokładnie o co chodzi. Z tego co mi mama wytłumaczyła to demony z rozdroży zawierają umowy ze śmiertelnikami a po pewnym czasie inne demony tak zwane "piekielne psy" zbierają należne. Ja miałam im pomóc w zbieraniu.
Piekielne psy wyglądały na prawdę strasznie. Tylko demony, anioły i osoby po które przyszły widziały je jak i słyszały. Miałam z nimi od paru dni kontakt by sie oswoić. W tym czasie narysowałam jednego z nich.



Miały długie pazury i ostre, długie zęby. Oczy świeciły im się na czerwono. Ze mną podróżowały trzy takie. Po nie kat miały także zapewniać mi bezpieczeństwo. Były moimi niebezpiecznymi pupilami. Zawsze były w moim pobliżu. Nawet jak wracałam do domu to one nie zostawiły mnie. Były moim cieniem. Przy nich można powiedzieć czułam sie bezpiecznie bo nawet żady demon nie mógł mi zrobić krzywdy.
Piekielne psy były na prawdę ogromne! Ja sama nie byłam za masywna i dużą a szczuplutka i niska bo miałam tylko 164 cm a one miały na oko z 2,5 metra wysokości. Wyglądałam przy nich wiec jak jakaś zabawka lub przekąska.
Zanim dziś wyruszyłam z nimi mama pomagała mi sie przygotować. Kiedy spojrzałam w lustro byłam przerażona.. trochę. Miałam czarne oczy.
-Mamo czy ja jestem demonem?
-Jeszcze nie kochanie.
-A będę?
-Jak tak dalej będzie to tak.. ale to dobrze.
Westchnęłam. Mama zrobiła mi mocny czarny makijaż i ułożyła mi włosy. Mówiła mi że w pracy zawsze trzeba wyglądać dobrze a tu już szczególnie bo mamy wzbudzać respekt.
Wstałam i poprawiłam czarna skórzaną kurtkę.
-Czy na prawdę muszę wyglądać jak emo?
Byłam umalowana na ciemno jak i miałam czarne ubrania.. z moja jasna cerą i blond włosami wyglądało to i ślicznie i strasznie. Wyglądałam tak poważnie.. ale i tak byłam można powiedzieć tą sama Dianą..
Wyruszyłam z piekielnymi psami po pierwszego dłużnika.
Byłam przestraszona kiedy moi towarzysze zaczęli go gonić. Stałam i wpatrywałam sie w to jak go łapią i rozszarpują na kawałki.
Ten mężczyzna 10 lat temu zawarł umowę na rozdroża z demonem o to by kobieta którą kocha odwzajemniła jego uczucia. Był egoistą. Zmusił ją do miłości.. ale po 10 latach musiał oddać za to.
Kiedy jego ciało leżało martwe podeszłam bliżej i stanęłam obok jego ducha.
-Dlaczego?
-Wiesz dlaczego.
Dotknęłam jego ręki. Spłynęła mu łza po policzku i znikł a ja poczułam jak przechodzi do mnie i idzie do Pana Najwyższego Piekieł. Zabolało mnie to. Zgięłam sie w pół a jeden z diabelnych psów podszedł do mnie. Oparłam sie o niego i znikliśmy. Miałam ten nocy jeszcze wiele takich zleceń.

Od Ivy

  Po jakimś czasie przypomniałam sobie jak to ja szalałam na imprezach u Beathe które były wielkie i udane a ja byłam największą imprezowiczką na parkiecie. Teraz jednak... jakby wyrosłam z tego. Miałam szesnaście lat a teraz? Jestem stara dupa, że tak powiem. 
  Jednak bawiłam się świetnie, na dodatek było tu kilku moich kumpli ze szkoły... kupę lat ich nie widziałam. Mogłam się rozerwać... 
  Wzięłam od barmana kiedy nie widział butelkę whisky. Stanęłam wpatrując się w tłum rozszalałych ludzi. Uświadomiłam sobie, że zgubiłam Michaela, jednak... niech się bawi. 
  Chodziłam z butelką i wyglądałam jak prawdziwa alkoholiczka. Nie przejmowałam się tym, nigdy takimi rzeczami się nie przejmowałam. Lubiłam być sobą, na imprezach zawsze ja miałam głowę do picia, rzadko byłam spita... teraz, gdy jestem pełnoletnia... już zresztą od dawna... nie rusza mnie to kiedy jestem wypita. Podrywało mnie wielu tutaj, prosili, błagali wręcz... ale nie miałam ochoty bo wiedziałam, że chodzi im albo o całowanie albo bo seks. A nie lubiłam tańczyć z obcymi facetami. 
  Wpatrywałam się w ludzi. Czułam się taka normalna... było zwyczajnie, zero demonów, opętań... jednak nadal interesowały mnie nagrania z opętań itp... Wzięłam łyka z gwinta.
  Podszedł do mnie jakiś facet około dwudziestki i nie prosił do tańca. Zdziwiłam się, wpatrywał się we mnie. Nie czułam od niego alkoholu. 
-Niezła jesteś. - zmierzył mnie. - Idziemy potańczyć?
  Roześmiałam się głośno, aż łzy mi poleciały. Spoważniałam i postanowiłam ponabijać się z niego. 
-E tam! Poszłabym w ślinę ale z dziećmi wolę tego nie robić.
-Mam dziewiętnaście lat. 
-A ja dwadzieścia! - uśmiechnęłam się głupkowato. 
  Złapał mnie za rękę gdy odchodziłam. Spojrzałam się na niego śmiejąc się. 
-Ależ ty jesteś nachalny. 
-Podobasz mi się.
-Nie umawiam się z młodszymi! - przekrzykiwałam muzykę. - Sorry! Znajdź sobie inną. Z dziećmi nie chcę się umawiać... 
-Masz kogoś, prawda? - spoważniał.
-Tak! - krzyknęłam. Sam podłożył mi pomysł na pozbycie się go samego. -Sorry, idę się bawić. 
  W tłumie spotkałam Michaela. 
-Szukałem cię. 
-Naprawdę? Ja ciebie też ale zamiast ciebie znalazłam napalonego dziewiętnastolatka. - zaśmiałam się. 
-Piłaś? - spojrzał na prawie pustą butelkę whisky. 
-Troche... - zaśmiałam się. - Ale jestem trzeźwa. A ciebie? Poderwał ktoś?
-Koleś w różowej koszuli mnie urzekł. 
   Roześmiałam się.
-Naprawdę?!
-Poważnie. 
-Nieźle! Gdzie przystojniak? - parsknęłam.
-Przed tobą. 
  Roześmiałam się ponownie i starłam łzy z policzka.
-Do łez mnie doprowadzasz. - westchnęłam i poszłam do baru. 

Od Michaela

Facetka która do mnie przyszła była naćpana i miała porannego
kaca, śmierdziała z daleka, jej czarne włosy ciężko spadały na
twarz jakby nie były myte przez tydzień.
-A więc mówi Pani że, córka na wieczornym spacerze gdzieś zniknęła, a miała Pani ją wciąż na oku?
-Oj no tylko na chwilę ją zostawiłam, poszłam po lody a gdy wróciłam już jej nie było.
-Zajmę się tą sprawą.
-Dziękuje.
Gdy kobieta już wychodziła dodałem złośliwie.
-Zajmę się tą sprawa bo szkoda mi dziecka, jak je znajdę pokieruje sprawę dalej, jeśli się Pani nie ogarnie na pewno dziecka nie odzyska.
Wróciła się
-Kim jesteś żeby mnie oceniać !
-Mówię to co widzę, daje Pani szanse na odzyskanie dziecka.
Wyszła z trzaskiem, przeklinając pod nosem, Ivy minęła się z nią przy drzwiach.
-Kto to był ? - spytała wchodząc do kuchni
-Szuka swojej córki, podobno zgubiła ją gdy poszła po lody. - powiedziałem z sarkazmem
-Ciekawe.
Gdy Ivy oparła się o blat w kuchni zauważyłem ,że jest coś nie tak, była jakby przestraszona może zdołowana. Mógłbym dowiedzieć się co się stało wchodząc do jej umysłu ale to robi się najgorszym wrogą a ona nim nie jest.
-Coś się stało ? - spytałem patrząc wprost na nią
-Nie, nic, wszystko okej - uśmiechnęła się lekko - może kawy ?
Dołowało mnie to że taka dziewczyna ma tyle problemów, chciałem aby zapomniała o tym chociaż na chwilę, i wpadłem na pomysł jak to zrobić.
-Mam lepszy pomysł
Uśmiechnąłem się szyderczo i szybko wziąłem Ivy na ręce.
-Ej co ty robisz ?!
-Nie ważne
Zabrałem Ivy do czarnej Navary, zablokowałem drzwi i włączyłem
muzykę, a gdy odpalałem auto Ivy złapała mnie za ramię.
-Gdzie jedziemy ?
Spojrzałem się na nią zalotnie i odparłem.
-Idziemy się zabawić
Bez dalszych wyjaśnień wyjechałem na główną ulicę i gdy usłyszałem w radiu jakąś taneczną nutę zacząłem tańczyć.

Ivy patrzyła się na mnie jak na głupka, złapałem ją za rękę i ruszałem nią w rytm muzyki, zaczęła się śmiać i tańczyć razem ze mną.
Na ulicy nie było dużego ruchu więc mogłem sobie na to pozwolić, ale Ivy poszła po rozsądek do głowy i uspokoiła mnie.
-Ej, kieruj deblu - powiedziała żartobliwie
Spojrzałem się na nią z fochem.
-Debilu ? ja debil ? osz ty ja ci dam !
Depnąłem gaz i szybko pojechałem przed siebie drifytujac na skrzyżowaniach, dojechałem do wielkiego placu na którym czasami rozkładają się wielkie cyrki albo targi.
Ślizgając się bokiem wjechałem na plac i driftowałem nie małym samochodem. I lewo i prawo i na dwóch kołach. Słychać było tylko nasze krzyki i pisk opon, trwało to jakieś 3 minut, a gdy
się zatrzymałem Ivy odetchnęła z ulgą.
-Podobało się ? - spytałem sarkastycznie z uśmiechem
-Debil - odparła z szerokim uśmiechem.
Wtedy nastała cisza, patrzyliśmy sobie w oczy, wszystko było w jak najlepszym porządku, ona była szczęśliwa ja też, w jej oczach nie widziałem nic z demona, była to normalna dziewczyna,
przynajmniej teraz. W tym jednym momencie ciszy zauważałem w niej najmniejsze szczegóły, między innymi, duże, głębokie oczy podkreślane blond włosami, opiekuńczy uśmiech i małe usta.
Przerwałem to odwracając od niej wzrok, spojrzałem na usterko boczne i przyjrzałem się sobie.

-Te ale jestem przystojny no nie ? - powiedziałem żartobliwie i
 pojechałem dalej.
Ivy lekko się uśmiechnęła.
-To teraz gdzie ?
-Jest trochę wcześnie ale.
-Ale co ?
Nic nie odpowiedziałem i po kilku minutach już byliśmy przy małej pizzerii.
-Głodna ?
-Może trochę.
Usiedliśmy przy jednym ze stołów, Ivy wybierała pizze.
-Może serową ?
-A co w niej jest ?
-Ser
-Ciężko się domyśleć..
-To po co pytasz ? - uśmiechnęła się złośliwie
-Szukaj dalej
-Hmm... zemsta ogrodnika ?
-A co w niej jest ?
-Kukurydza, pomidor, ogórek...szynka
-Może być - gdy tylko usłyszałem szynka zgodziłem się na tą pizze
-To ja pójdę zamówić - powiedziała i podeszła do lady.
Gdy szła patrzyłem się na jej kształtne pośladki.

-Co jest ? - spytała gdy już zamóiła a ja nadal nie zmieniałem wyrazu twarzy i myślałem tylko o jej kształtach - HALLO !
-To jest to - powiedziałem i spojrzałem się na nią
-Ale co ?
-A nie ważne.
-Aha chyba wiem o co chodzi zboczeńcu, to anioły też mają takie  zapotrzebowania co ludzie ?
-Anioły to nie wiem prze Pani, ja jestem archaniołem a to już dużo wyższa ranga - powiedziałem podkreślając w żartobliwy sposób swój autorytet - ale tak mają oj mają
Ivy się trochę speszyła ale później znów wróciła żartobliwa atmosfera która panowała do końca pobytu w restauracji.
Zaczęło się ściemniać i o to mi chodziło, akurat wyrobiliśmy się w czasie. Następnym przystankiem był klub dyskotekowy.
Zaparkowałem auto przed bramą i wysiadłem , Ivy tego nie zrobiła.
-Ej co jest ? - spytałem zaglądając do auta
-Nie wiem czy chcę
-Jak to nie wiesz ? Rozluźnij się. Mi odmówisz ? - spytałem z szerokim uśmiechem i otworzyłem jej drzwi - no chodź
Po krótkiej wizycie w barze poszliśmy tańczyć.

Od Ivy

-Nie chce, żeby moje życie tak wyglądało. - szepnęłam a on wpatrywał się we mnie. - Nie chce taka być. Wolałabym być normalna, ale nie zapominać o tym wszystkim... Myślałam, że życie jest takie... spokojne... że moje życie takie będzie...
  Spojrzałam na niego i złapałam się za głowę. Boże, kim ja właściwie jestem? Dobre pytanie... na które chcę znać odpowiedź.
-Kim ja jestem? Czym jestem?
-Zdaje mi się, że jakby mieszanka anioła i demona... choć nie wiem jak to możliwe.
-Aha..? To znaczy...
-Znasz bogów Egipskich i historię o wierzeniu w nich?
-Tak.
-Jest z tobą jak z Anubisem.
-To znaczy?
-Anubis chciał wejść do świata bogów, być z ojcem, ale był pół człowiekiem pół szakalem... a to było dla niego potępienie,klątwa. Został...
-I szukał duszy czystej która mogłaby wprowadzić go między bogów. - dokończyłam. - Czyli... lekarstwem dla mnie jest czyjaś czysta dusza?
-Nie, nie tak. - uśmiechnął się. - Chodzi o to, że musisz w sobie znaleźć coś dobrego, kiedy pokonasz diabła... wypędzisz demony... staniesz się normalna na tyle, że aż odporna na opętania i takie tam.
-Jak to zrobić?
-Czekać.
  Westchnęłam i parsknęłam.
-Chodź.
-Gdzie? - spytałam kiedy pociągnął mnie na górę.
-Masz zamiar tu siedzieć jak niewolnica?
-Jeśli musiałabym... - zaśmiałam się.
  Siedzieliśmy na górze.
-Pomogę Ci w odnowie domu! - uśmiechnęłam się.
-Nie. To raczej mój obowiązek...
-No proszę! Jestem perfekcjonistką, nadam się do pomocy.
-Jesteś moim gościem, a nie, jak wspomniałem, niewolnicą.
-Daj spokój! - zaśmiałam się. - Proooszę!
-Dobra... niech ci będzie.
-Fajnie. Co mam robić? - zerwałam się i podskakując poszłam za nim.
-Pędzel... - podał mi.
-Ej! Do malowania mam sie przydać? Jestem jak Bruce Willis w filmie akcji... daj mi coś porządnego.
-Dla pechowca? Jeszcze dam ci młotek a przywalisz sobie w rękę.
-Wkurzający jesteś. - uśmiechnęłam się szeroko.
-Ja?
-Tak, Ty! - zaśmiałam się i poszłam malować.
  Kiedy Michael przechodził obok oblałam go farbą. Zaśmiałam się, złapał pędzel i umalował mi moją białą bluzkę. Poszłam się przebrać i wróciłam do pracy teraz na poważnie. Chciałam tu być i coś pomóc... A nie nic nie robić.
  Pod dom podjechała jakaś kobieta, podeszła do mnie.
-Przepraszam, czy jest tutaj Michael...?
-Tak... - urwałam, gdy go zobaczyłam.
-Zapraszam. Coś się stało?
  Poszli a ja spuściłam wzrok z nich i zajęłam się robotą.
  Po jakimś czasie pracę wykonałam i dumna poszłam umyć ręce. Odłożyłam wszystko na miejsce i jeszcze przy okazji posprzątałam.
-Ivy... - usłyszałam szept, który był mi już znajomy.
-Zostaw mnie. - pomyślałam. - Wal się.
-Ivy... Chodź do mnie.
  Spojrzałam za siebie i ujrzałam w lesie ciemną postać, była przerażająca, biło od niej zło, ale przełamałam się i poszłam niezauważona... chyba... podążyłam do lasu. Jednak gdy wyszłam z domu i przekroczyłam jego próg... nikogo tam nie było. Zmarszczyłam brwi, patrzyłam chwilę w las i czekałam na jakiś głos... sygnał, czy cokolwiek. Jeśli coś ma się zdarzyć... niech stanie się teraz.
  Poszłam w stronę lasu, gdy przeszłam przez zarośla, krzaki i zarośnięte drzewa ujrzałam ciemną postać o wiele ode mnie wyższą.
-Ivy...
-Przestań mnie wołać.
-Ale przyszłaś.
-Tak, bo chcę się z tobą zmierzyć.
-Jesteś gotowa na to? - zaśmiał się. - Dla mnie to i lepiej, mała, słodziutka Ivy.
-Ze mną nikt nie może się mierzyć.
-Wyjaw mi swoje imię.
-Wal się.
-Wyjaw mi swoje imię, jeśli jesteś taki odważny i przekonany, że nic cie nie zabije.
-Lucyf...
-Mów. Dokończ!
-Lucyfer.
-Chodź. Kiedy się bliżej poznaliśmy masz wolne wejście do mnie.
-Tak łatwo?
-Chciałam znać imię swojego pana. - uśmiechnęłam się a on wszedł w moje ciało.
  Opierałam się jego atakom, próbowałam go wyrzucić z siebie, zniszczyć. Po dłuższym czasie mi się udało, wyszedł ze mnie z przerażającym krzykiem i zniknął. Zdziwiona i roztrzęsiona wróciłam do domu Michaela. Udawałam, że nic się nie stało.

sobota, 25 kwietnia 2015

Od Michaela

Byłem w domu i właśnie układałem płytki w łazience gdy zadzwonił telefon.
Otrzepałem spodnie i wytarłem o nie ręce. Osoba mówiąca była młoda i przestraszona
 samym faktem że dzwoni do mnie.
-Halo ? Dodzwoniłam się do Michaela Abada ? - chłopiec strasznie się jąkał
-Tak, o co chodzi ?
-Bo ja mam 13 lat i jestem sam, rodziców nie ma już ponad
tydzień, radzę sobie jakoś ale chciałbym ich odnaleźć.
-Gdzie mieszkasz ?
-Roudltrin 32. Jeśli chodzi o pieniądze to zapłacę, na pewno, może.
-Posłuchaj, najpierw pójdź na policje i zgłoś zaginięcie
opowiedz też o swojej sytuacji oni ci pomogą, a jeśli nie zajmą się sprawą twoich rodziców to zadzwoń do mnie jeszcze raz.
-Dziękuje
Chłopak się rozłączył.
Przydało by się porządne zlecenie, dom nie wyremontuje się za darmo, a nie lubię oszukiwać w kwestii zarabiania choć czasami jest to zabawne, inni muszę zarabiać lata a mi wystarczy chwila i mam co chcę. Dobra na dziś koniec pracy teraz chwila dla siebie.
Przebrałem się i wyszedłem z domu i od samych drzwi zacząłem biec, było dość późno i robiło się chłodno, słychać było tylko liście drzew, idealny moment na bieganie.
Po chwili stanąłem.
Ivi. Coś jej się dzieje.

Natychmiast przerwałem bieg i pojawiłem się przed jej domem.
Czułem kłopoty. W niepozornym domu stojącym przed mną coś się działo, i to wcale nie były moce podrzędnego demona to było coś większego.
Miałem już wchodzić do mieszkania ale w ostatniej chwili rzucił się na mnie opętany koleś.
 Była to heroiczna próba powstrzymania mnie bo tylko gdy dotknąłem go ,ciało opadło na
ziemią a demon odszedł w zapomnienie, wszystko działo się bardzo szybko, zaraz po unicestwieniu jednego pojawił się kolejny już bez ciała, był czarnym cieniem.
 Pojawiła się biała poświata, na jej widok demon uciekł a ja miałem poważniejsze kłopoty.
 Prze teleportowałem się do lasu a znaczy chciałem ale on zdecydował inaczej.
Teraz nie mogłem pomóc Ivy ale o niej nie zapomniałem po prostu chciałem szybko się rozprawić ze swoim kłopotem. Przede mną stanął archanioł.
-Michael poddaj się - powiedział zwykłym ludzkim głosem
-Nie !
Pod wpływem jego mocy zmieniłem się w jedną z bestii które siedzą we mnie.

Odepchnąłem go siłą umysłu. Ciężko uderzył o ścianę i błyskawicznie rzucił mną , usłyszałem głuchy świst i podjąłem próbę przełamania jego bariery umysłu. Wciąż walczyliśmy
fizycznie ale też psychicznie. On aby obronić umysł przede mną
musi odpychać macki które wpuszczam w jego myśli.
 Nie może myśleć o niczym tylko o obronie, nie może niczego wspominać i
nie może się zawahać, musi wyłączyć myślenie, tylko nieliczni
potrafią tak się bronić, Ja za to muszę znaleźć słaby punkt w jego murze obronnym i wchłonąć w jego wspomnienie i najgłębsze myśli, gdyby mi się to udało on nie miał by
przed mną najmniejszych sekretów byłby skończony, miałbym
władzę nad nim całkowitą, ale również muszę chronić swój
umysł przed nim. Toczyła się zażarta walka, on fizycznie zaczął
 mieć przewagę ale ja umysłowo znalazłem słaby punkt w jego murze, taką 
 nie dokładnie zrobioną fugę,szczelinę między pustakami.
Anioł poczuł to i natychmiast zniknął wysyłając fale
uderzeniową taką jak przy wybuchu bomby. 
Osunąłem się o ścianę,

Bez chwili zwłoki pojawiłem się przed bramą Ivy. Niedaleko jej domu chodziła dziewczyna świeżo opętana, podszedłem do niej i jednym ruchem zniszczyłem demona siedzącego w niej. Dziewczyna nieco przymroczona i przerażona powiedziała histerycznie że jakaś blondyna ją zaatakowała, bez słowa pojawiłem się teraz już zaraz za Ivy. Była już po przeminie. Widziałem jak diabeł nią manipuluje, widziałem jak ona walczy. 

Zostaw mnie! - krzyknęła, a raczej to ten demon, bo powiedziała to nieludzkim głosem. - Ona jest moja widzisz? - pokazał zaczernione ramię. - Zaszczyt, prawda? Sam diabeł ją opętał... nie opuszczę jej. Nigdy!
-Opuścisz. Teraz. - dotknąłem jej czarnego ramienia i wtedy odzyskałam władzę nad ciałem. 
-Michael...? Skąd ty tu...
-Widziałem opętaną dziewczynę, gdy przywróciłem jej świadomość powiedziała, że jakaś blondynka ją zaatakowała, pomyślałem o tobie. 
-Każda atakująca blondynka to muszę być ja...? 
-Chodź stąd. - złapałem ją za ramię i wyprowadziłem.
 - Mówiłaś, że wszystko jest dobrze. 
-Nie chciałam nikogo wprowadzać w kłopoty, tym bardziej, że zabiłam człowieka...
-Nie zabiłaś, demon tylko go opętał, z tego co wiem nie byłabyś w stanie zabić człowieka na tak niskim poziomie opętania. 
-Chcę przestać... Nie chcę tego robić, niech to mnie zostawi...
-Na razie będziesz pod moją opieką. 
-Wolę nie być traktowana jak dziecko... Mam wszystkiego dość. 
               ....                 

Chciałem szybko zabrać Ivy w bezpieczne miejsce ale po drodzeprzeszkodził nam jakiś koleś, a znaczy coś w nim.
 Mówił kilkoma językami i kilkoma głosami, był potężny i chciał za wszelką cenę zabrać Ivy, 
patrzył się tylko na nią tak jakby mnie nie było obok. 
Trochę ryzykownie ale podjąłem próbę wniknięcia w jego umysł i było to zadziwiająco łatwe tak jak u każdego człowieka, on nie miał bariery, wystarczyło wejść, brakowało tylko tabliczki z napisem ,,wolny wstęp" Wywęszyłem w tym podstęp i miałem rację, nagle poczułem jak on próbuje przebić
moją barierę, automatycznie wyrzucając mnie ze swojej.
 Atakował ją jak młot pneumatyczny albo jakiś smok, nie szukał szczeliny on sam chciał ją zrobić, chyba wiedział że ja jej nie mam.
Był potężny ale nie wystarczająco. Odparłem jego atak i szybko
zacząłem grzebać w jego myślach wtedy zniknął. 
Bez słowa zabrałem Ivy do jednego z pokoi w piwnic pod moim domem.
Pokój był cały w hieroglifach i pieczęciach. Było w nim łóżko,
kilka szafek, biurko,  wszystko co powinno się znajdować w
sypialni połączonej z pokojem dziennym, prócz okien, jedynym
źródłem światła była lampka nocna i żyrandol.
-W tym pokoju demon który jest w tobie nie będzie się rozwijał,
nie opęta Cię do końca.
-I co teraz ? Nie spędzę przecież tu całego swojego życia.
-Daj mi chwilę. Muszę pomyśleć.
Usiadłem na łóżku, przetarłem wierzchnią stroną dłoni twarz z
krwi która polała się w trakcje walki z archaniołem.
Ivy usiadła obok.
-Jest gorzej niż mi mówisz ? - spytała troskliwym głosem
-Da się z tego wyjść. - odparłem i spojrzałem jej w oczy.

piątek, 24 kwietnia 2015

Od Diany

Dochodziła 23 kiedy wymknęłam sie z domu na spotkanie z matką. Czekałam zestresowana aż sie pojawi. Było ciepło lecz ja i tak sie trzęsłam. Za chwile moje życie zmieni sie diametralnie i już nigdy nie bedzie tak samo. Byłam tego świadoma.
-Witaj Diano.-usłyszałam za sobą i szybko sie odwróciłam.
-Tak jak obiecałam tak jestem.
-Podjęłaś decyzję?
-Tak.
-A więc? Nie każ mi czekać!
-Od przeznaczenia nie ucieknę?
-Prędzej czy później cie dopadnie.
-Może bym spróbowała jednak?
-Diano zastanów się.
-Mamo podjęłam decyzję.
-Przemyśl to jeszcze póki masz czas..
-Cała noc myślałam o tym.
-Przystajesz do swoich?
-Kiedy tak w nocy myślałam o tym wszystkim..
-Litości Diano!
-To stwierdziłam że mogłabym spróbować uciec od tego ale jestem sama. A raczej byłabym. Nie mam nikogo kto by mnie wsparł. A nie chcę być z tym sama bo wiem że nie dam rady.
-A wiec dołączysz do mnie?
-Postanowiłam że jeśli takie jest moje przeznaczenie to sie z tym pogodzę. Zanim sie pojawiłaś myślałam że mogę mój dar wykorzystywać w dobrych celach.. by pomagać.. A teraz już sama nie wiem.
-Podaj mi rękę i dołącz do nas a już nigdy nie będziesz czułą sie samotna.
-Najpierw powiedz mi jedno. Istnieją demony.. to czy i anioły są na prawdę?
-Tak. Niestety.
A więc jest światło nadziei na dobro na tym świecie..
Przełknęłam ślinę i z duszą na ranieniu podałam rękę matce po czym zniknęłam wraz z nią.


****


Wracałam do domu... oczywiście nikomu o niczym nie mówiłam. Mój dzień wyglądał tak że w czasie dnia byłam normalna a kiedy zapadał zmrok udawałam sie na spotkanie z matka która zabierała mnie na "szkolenia". Musiałam rozwinąć swój dar. Myślałam ze wśród takich jak ja będę szczęśliwsza i że wreszcie będę na swoim miejscu.. jednak tak nie czułam.
-Diano.. aby Kołaczyc do nas musisz podpisać cyrograf.
-Muszę? A jak nie chcę?
-Jesteś z nami?
-Noo.. tak.
-To podpisz.
-Podpisując go na co sie zobowiązuje?
Wzięłam go do reki i przeczytałam go. Byłam tam napisane w skrócie że podpisując go zgadzam się na to iż moja dusza należy do Szatana. Mam być jego sługą jednak wyższej rani. Mam rozwijać swój dar i wykonywać polecenia Najwyższego Pana Piekieł.
-To jest umowa. A więc ma czas po którym jest nieważna. Bo to nie jest umowa dożywotnia?
-Nie. Jest to umowa na 10 lat. Będziesz mogła ja zerwać jak ci sie coś nie spodoba.
-A wiec dobrze.
Podpisałam cyrograf własna krwią. Jednak intuicja mi podpowiadała że zrobiłam coś czego będę żałować.. a nastąpi to szybko. Jedno mnie zastanawiało. Z tego co wiedziałam to cyrografu nie da sie zerwać.. Jest to umowa albo na 10 lat albo na dożywocie. No ale mama by mnie nie okłamała prawda?

Od Diany

Rano byłam nie dość że nie wyspana to jeszcze tak sie tym wszystkim przejmowałam że byłam "nieobecna".
-Diano coś sie stało?-zapytał sie mnie mój tata.. a raczej z tego co usłyszałam to mój przybrany ojciec.
-Nic...-odparłam i poszłam do kuchni.
Musiałam sie napić. Zaschło mi strasznie w gardle. Kiedy wyjmowałam z szafki szklankę wyśliznęła mi sie z reki i spadła na podłogę. Kawałki szkła były wszędzie. Do kuchni wbiegł Paul.
-Coś sie stało?
-Czemu wszyscy sie dziś mnie o to pytają! -nie wytrzymała mi krzyknęłam.
Wyszłam z domu. Dochodziło dopiero południe ale do wieczora wcale nie było tak daleko. Stresowałam sie i to bardzo. Można powiedzieć że podjęłam już decyzję jednak nadal zastanawiałam się czy robię dobrze. Cała noc o tym myślałam.
Kiedy szłam w stronę miasta spotkałam Tiffany.
-Jejku Diana co sie stało?-zapytała mnie.
-Czemu każdy mnie o to dziś pyta?-powiedziałam prawie płacząc.
-Nie płacz kochana. Powiedz mi co sie stało.
Wzięła mnie za rękę i pociągnęła w stronę parku.
-Możesz teraz powiedzieć.-odparła siadając na oparciu od ławki.
-Po prostu... nie mogę powiedzieć.



-Dobrze jak nie chcesz to nie mów ale nie płacz. Choć do mnie. -powiedziała.
Na parkingu stał jej skuter. Wsiadłyśmy i pojechałyśmy.
Na miejscu od razu poszłyśmy do jej pokoju.
-Choć na balkon.
-Po co?
-Palisz?
-Co?
-No choć. Odreagujesz. Jeden to nie nałóg.
-Od kiedy palisz?-zapytałam wychodząc na balkon.
-A od jakiegoś czasu.
I właśnie wtedy uświadomiłam sobie że oddaliłyśmy sie od siebie z Tiffany. Wcześniej wiedziałyśmy o sobie wszystko, nic nie miałyśmy przed sobą w tajemnicy.. a teraz ja nie mogę jej powiedzieć co sie dzieje w moim życiu i dowiaduje sie że pali.
-Chcesz całą?-zapytała.
-No nie wiem..
-Dawaj .Rodziców nie ma. Nikt sie nie dowie.
-No.. dobrze..-odparłam i wzięłam od niej papierosa.
Pierwszy buch był straszny! Myślałam że sie uduszę jednak kolejne były lepsze.



Wypaliłam dwa i było mi trochę lepiej. No nie licząc smrodu fajek ale Tiffany dała mi perfumy i popsikałam sie nimi. Widzę duchy, moja matka żyje i przeistoczyła siew demona, moim ojcem nie jest ta osoba która myślałam tylko jakiś demon a sama jestem złą istotą.. przy tym zapalenie fajki nie jest niczym złym.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Od Ivy


  Obudziłam się na podłodze. Wstałam, cała moja prawa ręka poczerniała tworząc dziwny symbol. Była od koniuszków palców po ramię. Przeraziło mnie to bardzo. Wstałam i próbowałam to zmyć płynem, czymkolwiek... ale nie udało mi się. 
-Co to jest do cholery? - szepnęłam i nerwowo szorowałam rękę. 
-Ivy,Ivy,Ivy... jesteś moja, wiesz o tym. - odwróciłam się i zobaczyłam swojego brata. 
-Co ty mówisz?! Jesteś moim bratem!
-Już dawno powinnaś wiedzieć, że jesteś przeznaczona dla diabła. - pokręcił głową. 
  Zbliżyłam się do niego i zacisnęłam zęby.
-Nie obchodzi mnie ten cały diabeł.
-Właśnie z nim rozmawiasz, więc moja droga... spokój. - nagle otoczył go mrok, postać mojego brata przeobraziła się w wielkiego czarnego mrocznego stwora z czerwonymi oczami. Szponami ściskał moje gardło. - teraz lepiej, zamknij się, z łaski swojej. Niedługo umrzesz, nie obchodzi mnie twój anioł struż, nie ma go tu, masz mnie, zawsze byłem. 
  Zobaczyłam swojego brata przede mną. Przestraszona i roztrzęsiona popchnęłam go. 
-Zostaw mnie. Mam dość tego wszystkiego. Po prostu mnie zostaw!
-Przed nim sama się nie obronisz! - krzyknął za mną. - Będzie za tobą chodził!
-Zamknij się! - krzyknęłam i wyleciałam na ciemną ulicę. 
  Nagle zobaczyłam w szybie samochodu jak moje oczy stają się czarne. Moje dłonie mocniej poczerniały, leciał z nich dziwny dym, jakby mrok otaczał moją osobę... Przeraziłam się jeszcze bardziej. 
-Nie... nie,nie,nie... zostaw mnie... - szepnęłam.
  Usłyszałam tylko śmiech. 
  Potem działy się rzeczy, których nie chciałam robić. Coś mną zawładnęło, prowadziło mnie do ludzi, zabijałam ich. Za mną podążała policja, ale znikałam im z oczu, nie widzieli mnie. Czułam w sobie niewyobrażalną siłę, władzę... nie podobało mi się to. 
  Na zakręcie spotkałam jakąś brunetkę, spytała się mnie, czy wszystko w porządku. Jednak stać mnie było tylko na jedno słowo. To powiedziałam ja, nie diabeł, który właśnie mną zawładnął. 
-Uciekaj, szybko. 
-Słucham...?
-UCIEKAJ! - wrzasnęłam ale potem straciłam kontrolę. 
  Dziewczyna nawet nie zdążyła ruszyć, rzuciłam się na nią tylko ogłuszając. Nagle diabeł mnie opuścił, zostałam sama w pustym zaułku. Wytarłam szybko ślady krwi z ust i potem znalazła mnie policja. 
  Niestety, odebrał mnie mój brat. Nie wiem jak to zrobił, bo byłam winna zabójstwom i całej rozróbie w mieście. Colin trzymał mnie mocno za rękę i kazał wracać do domu, jednak gdy odszedł ja poszłam do jednej z pobliskich restauracji, tu było pusto. Nawet braman nie stał za ladą. Poszłam do łazienki i zmyłam resztę zaschniętej krwi z twarzy. 
  Usłyszałam jak ktoś wchodzi do środka, jednak nie przejęłam się tym. Zignorowałam to. Kroki słyszałam do tej ubikacji. Stanęłam jak słup soli, drżąc. Ktoś rzucił się na mnie, był to Colin. 
-Mówiłem, do domu. Nie ładnie, trzeba takie suki jak ty pilnować. Zgadnij kto to? Tym razem nie twój braciszek... zabawmy się trochę, co? 
  Znów odpłynęłam. Nie wiedziałam co robię, podążyłam za bar, był tam młody chłopak i jakaś dziewczyna, całowali się. Gdy mnie zobaczyli oderwali się od siebie a gdy chłopak chciał się odezwać... przyłożyłam mu. 
  Zastanawiam się, co ja właściwie robię? Przecież to moje ciało, mój umysł... Nie jestem dość silna, by z tym walczyć. Teraz wiem, jak poważne jest opętanie. Teraz sama je przechodzę, sam diabeł nie chce odpuścić i na dodatek zabiłam człowieka, pomogłam opętać dziewczynę, przeprowadziłam kolejnego demona z piekieł... ile mogę czekać na coś dobrego? Jestem złem, trzeba mnie gdzieś zamknąć. Od razu powinnam się gdzieś do kogoś z tym zgłosić, z moimi problemami... powinnam powiedzieć wszystko Bea... lub nie. Sama poleciałaby do aniołów i pewnie by mnie zniszczyli, już zapewne wiedzą o rozszerzeniu się opętań w mieście przeze mnie. Nie umiem panować nad sobą, skąd mam wiedzieć, kiedy przeprowadzam z piekieł demony? 
  Uderzyłam chłopaka, a on upadł. Dziewczyna krzyknęła, a za mną ktoś się pojawił.
-Dosyć tego. Chodź. 
-Zostaw mnie! - krzyknęłam, a raczej to ten demon, bo powiedział to nieludzkim głosem. - Ona jest moja widzisz? - pokazał zaczernione ramię. - Zaszczyt, prawda? Sam diabeł ją opętał... nie opuszczę jej. Nigdy!
-Opuścisz. Teraz. - dotknął mojego czarnego ramienia i wtedy odzyskałam władzę nad ciałem. 
-Michael...? Skąd ty tu...
-Widziałem opętaną dziewczynę, gdy przywróciłem jej świadomość powiedziała, że jakaś blondynka ją zaatakowała, pomyślałem o tobie. 
-Każda atakująca blondynka to muszę być ja...? 
-Chodź stąd. - złapał mnie za ramię i wyprowadził. - Mówiłaś, że wszystko jest dobrze. 
-Nie chciałam nikogo wprowadzać w kłopoty, tym bardziej, że zabiłam człowieka...
-Nie zabiłaś, demon tylko go opętał, z tego co wiem nie byłabyś w stanie zabić człowieka na tak niskim poziomie opętania. 
-Chcę przestać... Nie chcę tego robić, niech to mnie zostawi...
-Na razie będziesz pod moją opieką. 
-Wolę nie być traktowana jak dziecko... Mam wszystkiego dość. 
-A ja wolę, żeby nie dobrali się do ciebie aniołowie, wtedy będziesz miała pozamiatane. 
-Gdy mnie zabiją... demony przestaną pojawiać się na świecie?Do tego dążysz?
-Tak... ale jesteś też dobra. Możesz ratować ludzi przywracając im życie, możesz być równie dobrze człowiekiem dobrym ale też złym...
-Jak mam wybrać?
-Na razie... musisz czekać. A od teraz widzę, że sytuacja nie jest lekka. - spojrzał na moją czarną rękę i poprowadził mnie gdzieś przed siebie. 

Od Diany

Wieczorem wyszłam na ogród. Usiadłam na huśtawce i spojrzałam w niebo. Było pełne gwiazd. Paul miał dziś wolne. Na szczęście bo miałam dosyć całodobowej opieki. 
Wtedy kiedy tak wpatrywałam sie w gwiazdy usłyszałam pisknięcie psa. Było mi znajome.
-Koral?
Pisk dobiegał zza ogrodzenia. 
Wstałam i podeszłam do tylnej furtki. 
-Koral!-zawołałam. 
Znów usłyszałam pisk. Zmartwiłam się.
Otworzyłam furtkę i wyszłam na polną drogę która prowadziła do lasu. 
-Koral! 
Pisk wydawał sie dobiegać z niedaleka. 
Ruszyłam w stronę źródła dźwięku. Jednak kiedy oddaliłam się trochę od domu byłam lekko przestraszona. 
-Koral?
Wtedy moja suczka wyłoniła sie z krzaków. Spojrzała sie na mnie i zaczęła warczeć. 
-Koral psinko co jest?
Spanielka była cała spięta i warczała na mnie. 
-Co sie stało?
Widziałam ze sie boi jednak stara sie mnie odstraszyć? Co jej odbiło?
Wtedy poczułam chłód na plecach. Suczka pisnęła i uciekła a ja zamarłam. Z duszą na ramieniu odwróciłam się.
Za mną stała w mroku jakaś ciemna drobna postać. Mimo niewielkiej postury.. może takiej jak ja biło od tej postaci siłą. 
-Kim jesteś?-zapytałam.
Miałam nadzieje że to jakiś duch który potrzebuje pomocy a nie jakiś seryjny morderca. 
-Wyrosłaś na piękną młodą kobietę Diano. 
-Kim jesteś?
-Masz prawo mnie nie pamiętać. Ile to już minęło.. 11 lat?
Zmrużyłam oczy starając sie dostrzec twarzy postaci która była kobietą co wywnioskowałam po głosie. 
-Kim jesteś?
-Zastanów się. 
Kobieta wyłoniła sie z mroku a wtedy omal co nie krzyknęłam.. po prostu nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. 
Przede mną stała moja matka! Jak wyrwana ze zdjęć! Przez te 11 lat ani trochę sie nie zmieniła. Była taka sama.
-Jak..-wydukałam.
-A może by tak bardziej przyjaźnie?
-Jak to możliwe? Ty nie żyjesz prawda?
-Żyje.
-Co?!
-Zaskoczona. No pewnie. Robert świetnie ukrył to co sie na prawdę stało. 
-Nie... ty jesteś jakimś duchem.. albo tym demonem! 
-Nie umarłam 11 lat temu. Ja po prostu sie zmieniłam. 
-Nie rozumiem.
-Robert nie rozumiał mojej pasji.. Od zawsze interesowałam się sprawami demonów, Szatanem, Aniołami. Mrok był mi bliski. Jeszcze zanim sie urodziłaś poznałam pewnego demona. 
-Jesteś opętana?
-Nie. Jestem cały czas sobą. Myślę sama za ciebie i nic mną nie włada. Przeszłam przemianę. 
-Dlaczego mnie zostawiłaś?
-Musiałam lecz wróciłam. 
-Po co?
-Nie cieszysz się?
-Wiesz ile nocy przepłakałam? Wiesz jak trudno było mi zrozumieć że cie już nie zobaczę? 
Strach minął a teraz zawładną mną gniew. 
-Wiem. Byłam przy tobie cały czas lecz ty tego nie pamiętasz. Nie tylko ja byłam przy tobie ale i twój tata. 
-Tata był jedyna osobą która mnie nie zostawiła. -powiedziałam cofając się. 
-Chodź ze mną. Powiem ci wszystko. Powiem ci kim jesteś. 
-Jestem człowiekiem. Straciłam mamę w wieku 6 lat i od tamtego czasu byłam tylko z tatą. 
-Nie ładnie. Zabolało.-powiedziała a potem zawładnął mną mrok. 
Zemdlałam? 


****


Ocknęłam sie w jakiejś piwnicy. Nie byłam związana czy coś ja k to myślałam że robią porywacze. Leżałam na łóżku a jakimś eleganckim pomieszczeniu (jak na pomieszczenie w piwnicy). Drzwi sie otworzyły i stanęła w nich kobieta która podawała sie za moja matkę. 
-Diano nie za dobrze zaczęłyśmy wiec postanowiłam iż teraz na spokojnie ci wszystko wyjaśnię. 
-Porwałaś mnie.
-Nie. Nie jesteś tu przetrzymywana. Możesz wyjść w każdej chwili jednak obiecaj ze najpierw mnie wysłuchać ale i że nikomu nie powiesz o tym spotkaniu i o tym co sie stało. W ogóle także nikomu nie mów o swoim darze. 
-Wiesz o nim?
-Wiem o wszystkim. Więcej. Wiedziałam o tym wszystkim zanim ty sie o tym dowiedziałaś. Wysłuchasz mnie?
-Dobrze. 
-Po pierwsze. Musisz wiedzieć kim jesteś. Nie jesteś zwykłym człowiekiem. Jesteś w połowie człowiekiem. 
-Co?
-Twoim ojcem nie jest Robert tylko demon. 
-CO?!
-Zdradziłam Roberta. On o tym dowiedział sie kiedy miałaś sześć lat.
-Kto jest moim ojcem?
-Dowiesz sie niedługo o ile zgodzisz się na moja propozycje którą ci złoże pod koniec. 
 -Jaką?
-Cierpliwości.
-Mów dalej.
-Twoim darem który masz dzięki demonicznym genom jest widzenie i nawiązywanie kontaktu ze zmarłymi. Musisz go rozwijać. Duchy nie tylko same mogą do ciebie przychodzi jak czegoś chcesz.. możesz także je zmuszać do przyjścia. Od ciebie zależy gdzie trafia jeśli im pomożesz. Bo te duchy to tak na prawdę tylko zagubione dusze. Jeśli im pomożesz i ich niedokończona sprawa zostanie zakończona pójdą do góry czego nie chce ja jak i inni tacy jak ja i ty. Jeśli jednak sprawisz tak że pójdą do domu.. będziemy szczęśliwsi. 
-Mam sprawiać że zostaną zesłane na wiecznie potępienie? 
-Przesadzasz. 
Tego było za dużo. 
-Mogę wrócić do domu?
-Tak. Jednak obiecaj mi ze to przemyślisz. Przyjdę do ciebie jutro w nocy. Spotkamy siew tym samym miejscu co dziś. Dasz mi odpowiedź. I oby to była dobra decyzja. Chcę cie w naszych szeregach. Jesteś jedna z nas. OD przeznaczenia nie uciekniesz. Zobacz.. ja przeszła na tę stronę i co zyskałam? Wszystko co dobre! Wieczna młodość, nieograniczona moc i władza! Mam co chcę! A jeśli dołączysz do nas będziesz miała lepiej niż sobie wymarzyłaś. Jestem wysoko w hierarchii a ty jako moja córka będziesz miała równie wielką władzę. 
Mama wyprowadziła mnie na zewnątrz. Kiedy rozejrzałam sie dookoła nie wiedziałam gdzie jestem. Wtedy mama złapała mnie za rękę i przeniosła nas na drogę skąd mnie zabrała. 
-Przemyślisz to?
-Nie wiem. Niczego nie obiecuje.
-Proszę.
-Zobaczę.
Mama znikła a ja pobiegłam do domu. Tej nocy nie spałam. Cały czas dręczyły mnie wydarzenia ostatnich godzin. Jaką podjąć decyzję? Może mama ma rację że przed przeznaczeniem nie ucieknę? A wydawało mi się że jestem dobrym człowiekiem a mój dar sprawi że będę mogła pomóc innym. Mozę to nie jest tak jak mi sie wydawało tylko tak jak mi mówiła mama? To wszystko jest za dużo jak na jeden raz. A na jutro muszę dać odpowiedź.. 

Rano już wiedziałam co zrobię..