-Z Tobą? Owszem. - zaśmiał się.
Spojrzałam na zegarek i zamarłam. Poszłam szybko do łazienki ubrałam się i założyłam buty. Michael spojrzał się na mnie rozbawiony i obserwował to, jak prawie się wywalam i potykam o własne nogi gdy zakładałam lewego buta.
-Czego się szczerzysz? - warknęłam.
-Nie bądź taka zła, spokojnie. Powiedz lepiej co się stało?
-Robota się stała.
-Pracujesz?
-Specjalizację robię, chcę być chirurgiem dziecięcym.
-Lubisz dzieci, co?
-Lubię dzieci i lubię takie rzeczy...
-Grzebanie ludziom w ciele?
-Lubię kiedy coś się dzieje, lubię wyzwania.
-Mogłaś pomyśleć o policji czy kryminologii.
-Myślałam... kusiło mnie strasznie ale... nacisk rodziców... Kiedy szłam na te studia chciałam, żeby raz byli ze mnie dumni... A raczej ojciec, bo matka mnie za bardzo nie obchodzi... Zagadujesz mnie, wiesz o tym?
-A Ty wiesz, że to ja mam samochód i ja muszę cię odwieźć?
-Nie musisz, pójdę z buta. - machnęłam ręką.
-Muszę.
-Nie.
-Dobra, niech będzie... MOGĘ cię podwieźć. Idź do samochodu zaraz będę.
***
W pracy dużo się zmieniło, moja pacjentka Aja... no cóż... było z nią źle. Miała duszności w nocy a do mnie nikt nie raczył zadzwonić. Przejęłam się i dostałam opierdziel od ordynatora. Z zaciśniętymi zębami podeszłam do doktor Minge.
-Czemu nie poinformowano mnie o stanie dziewczynki? - syknęłam zła.
-Była pani zajęta... jak widzę kac męczy. -dodała złośliwie.
-Jasne! Po co wołać lekarza prowadzącego?! - warknęłam i odeszłam.
-Ivy! - zawołał mnie Orda.
-Nie mam ochoty na rozmowę...
-Ma ci asystować Wanat...
-Słucham? Wali mnie to czy mi asystuje czy nie...
-Powinno. - mruknął, poprawił okulary i poszedł.
Poszłam sprawdzać stan dziewczynki, sprawdzałam w jakim stanie są jej płuca, czy nic jej nie jest poważniejszego... nagle jej stan się pogorszył a było tak dobrze!
-Co jest? Dzieci nie powinny leczyć dzieci. - mruknęła Wanat wchodząc do pomieszczenia patrząc na mnie zadowolona.
-Nie chcę się kłócić.
-Ależ...
-Spokój. - zażądał ordynator wchodząc do nas. -Co to za zamieszanie? Nie chcę słyszeć takich rozmów nigdy więcej.
-Oczywiście tato. - powiedziała słodko Wanat.
-Co to za przypadek? - spytał ordynator.
-Dziewczynka ma raka płuc, jedno jej siadło a drugie pracuje za pomocą butli tlenowej... Jej stan znacznie się pogorszył. Dziś w nocy miała duszności, na chwilę serce stanęło ale odratowali ją...
-...LI? Czemu odratowaLI? Nie było tam pani?
-Nikt nie powiadomił mnie o jej stanie zdrowia ordynatorze.
-A więc dobrze. Myślę, że powinnaś przejąć Aję.
-Jakim prawem zmienia pan... - zaczęłam zdenerwowana.
-Bo to ja jestem ordynatorem a pani jest nieodpowiedzialna. Nie wiem jakim cudem pani jest tu lekarzem na specjalizacji.
Zacisnęłam zęby.
-Ja jestem prowadzącą i nadal nią będę. Aja jest moją pacjentką.
-Nieźle Brinley. - uniósł brwi. - Taką chciałem cię usłyszeć.
Zdziwiona spojrzałam na niego.
-Przejdźmy na ty. Leon.
-Ivy... - szepnęłam zaskoczona i odeszłam.
-Do roboty! - krzyknął za mną.
Na dole w szatni spotkałam Florence, patrzyła się na mnie uśmiechając dziwnie. Roześmiałam się i momentalnie stres po pracy zniknął.
-Co?
-Kto to cię podwiózł pod szpital hmm? - zaćwierkała.
-Nie podniecaj się tak, to mój znajomy.
-Dobrze, że znajomy!
-Raczej nie jest typem faceta który chce mieć dziewczynę... - spojrzałam na nią i założyłam bluzę.
-Skąd go znasz?
-Poznałam go przypadkiem.
-Ach... Jest przystojny...
-Ale się podnieciłaś! - zaśmiałam się.
-Przyjeżdża po ciebie?
-Co? Nie! Skąd!
-Szkoda... Popatrzyłabym się na niego.
-Flor, przecież szalejesz za tym nowym Włochem który tutaj przyjechał...
-Ale nie mogę podziwiać innych cudów świata z daleka?
-Ależ możesz... - do szatni wszedł nagle Alex.
-To damska szatnia, czekasz na staniki? - warknęła Florence.
-Czekam na laski BEZ stanika droga Flor.
-Wyjdź stąd jeśli nie masz nic ciekawego do powiedzenia.
Spojrzałam na Alexa a ten chrząknął i spojrzał się marzycielsko na Flor.
-Masz asystować temu Włochowi... Nie wiem jak mu tam ale masz iść.
-O! Lecę!
Wyskoczyła jak z torpedy wraz z Alexem a ja przewróciłam oczami i wyszłam z budynku na parking.Nagle podjechał samochód z piskiem opon zatrzymując się przy mnie.
-Boże! Oszalałeś?!
-Dawaj. - zawołał Michael.
-Co?! Nie było mowy, że jadę z tobą gdziekolwiek!
-Chodź. Nie daj się prosić.
Poszłam ignorując go przed siebie, a on pojechał za mną powoli.
-Zrobię ci wiochę przed szpitalem. - zagroził.
-O mój boże! - roześmiałam się a on zaczął coś kombinować w samochodzie.
Wysiadł, a ja skulona wsiadłam na miejsce pasażera z tyłu.
-Żartowałem. - parsknął a ja walnęłam go w bok.
Pojechaliśmy do niego. Musiał porozmawiać z jakąś kobietą a potem poszedł do mnie. Oparłam się o ścianę w kuchni i obserwowałam jak robi obiad.
-Jeśli gotujesz tak samo jak prowadzisz to ja podziękuję.
-Źle prowadzę? Och nie, nie spodobałem ci się?! A myślałem, że będzie coś więcej! - powiedział cieniutkim piskliwym głosikiem.
Zaśmiałam się.
-Jesteś jednak zabawny...
-Masz to ze szpitala? - spojrzał na mnie.
-Masz na myśli trądzik?
-Tak właśnie o to mi chodziło... aa! Bo pani doktor pracuje na dziecięcym, zapomniałem. Skąd masz to... - podwinął mi rękaw a ja spoważniałam.
Miałam tam dziwny czarny znak czegoś. Symbol mi zupełnie nie znany.
-Może demony znów próbują się przeze mnie przedostać.
-Opanuj to, bo jesteś dla nich jak źródło, dajesz im siłę ale także życie.
-Czuję się matką. - roześmiałam się. - Sorry, muszę odreagować. - spoważniałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz