Miałam wątpliwości czy w ogóle przeżyję dziewięć miesięcy w takim miejscu i czasie. Te rzeczy nie wpływały na mnie zbyt dobrze, ktoś się mnie uczepił. Nie chciał mnie zostawić w spokoju. Mówił różne dziwne rzeczy, namawiał do strasznych czynów... ja już nie miałam na to siły. Ataki, czy raczej próby opętania mnie były na marne, mój organizm albo się uodpornił... albo po prostu jestem jakoś chroniona przez kogoś, tylko przez kogo skoro jestem tu sama?
-Ivy, nie daj się prosić... wejdziemy tam niedługo.
Tak długo ignorowałam to co się działo w mojej głowie jak tylko było to możliwe. Miałam nadzieję, że Michael za szybko nie zorientuje się, że mnie nie ma. Może pomyśli, że sama uciekłam? Mam nadzieję, że jak przyjdzie co do czego to zrozumie... lub nie. Nawet jeśli - będzie już za późno. Po prostu, za późno. Moje życie skończy się pewnie za chwile, a jeśli to dziecko jednak na świat przyjdzie... to co mi po tym? I tak piekło mi je odbierze, nawet nie zależy mi na tym dziecku. Jeśli przeżyję zrobię to tak, by nikt się o ciąży nie dowiedział. Nikt się nie dowie, anioły nie wiedzą o moim istnieniu... mam taką skrytą nadzieję.
Po kilku tygodniach zaczęło być coraz gorzej. Ataki demonów stały się częstsze i gorsze, nie do wytrzymania. Miałam dosyć, chciałam być wreszcie wolna, wrócić do San Francisco... do Michaela... jednak to było już niemożliwe. Odeszłam, nie mogę wrócić jak gdyby nigdy nic i dać mu tą szansę na coś nowego, innego, lepszego...
W końcu doczekałam się napadu złości jednego z demonów, jednak okazał się nim być mój brat bliźniak który zaraz się ukazał. Pobił, zadrapał szyję, leciała mi krew. Przemienił się w czarne coś i odszedł ze śmiechem. Nic nie powiedział, bez ostrzeżenia naskoczył na mnie, zranił i pewnie jego zamiarem nie było nastraszenie mnie, tylko zabicie. Ciekawe, czemu demony tak mnie napastują skoro mój ojciec sam chciał żebym to dziecko urodziła...? Nic nie rozumiem... może demony działają na własną rękę?Piekło się albo czegoś boi, albo próbuje mnie zniszczyć za plecami mojego ojca. Wiem, że jestem mu potrzebna... przynajmniej do porodu, potem mogę mu się stać co najwyżej obojętna.
Leżałam na ziemi krwawiąc,powstrzymywałam to uciskiem dłoni, choć byłam słaba. Nadal nie mogłam sobie poradzić, dusiłam się, demon, a raczej mój brat zrobił to co chciał - czekałam na śmierć. Aż stanę albo przed sądem, albo od razu wyśle mnie do piekła gdzie powinnam być i nie wychodzić. Tylko robię problemy, moje życie to porażka, co z resztą których skrzywdziłam,opuściłam...? Już przestawałam oddychać, zamykały mi się oczy...
Nagle usłyszałam kroki, ktoś podbiegł do mnie, miał lodowate, delikatne dłonie. Długie włosy połaskotały mnie w policzek, zamykałam oczy.
-Trzymaj się... słyszysz? Trzymaj... Proszę...
Beathe. Tak dawno jej nie widziałam, nie słyszałam, że zapomniałam jak wygląda i jaki ma głos. Zapomniałam o całej Beathe... tak jak planowałam. Jednak po przyjaciółce zawsze czułam pustkę której nie umiałam zakryć nawet Michaelem, kimś... kogo kocham. Bea była kimś ważnym a ja tak łatwo ją sobie odpuściłam... nadal uważam, że zrobiłam dobrze. Tylko teraz nie mogę sobie wybaczyć jak łatwo udało mi się zapomnieć o przyjaciółce z dawnych lat.
-Nie... - wykrztusiłam niewyraźnie.
-Nic nie mów...
-Nie...zabieraj mnie stąd... - wykrwawiałam się bardziej, już wiedziałam, że umrę.
Straciłam przytomność, nic nie pamiętam, zamknęłam oczy, poddałam się tak łatwo. Miałam dość... Chcę odejść... teraz...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz