wtorek, 21 kwietnia 2015

Od Cole

  Stałem na suchej trawie. Bezlitosny wiatr raz za razem uderzał mnie w twarz. Jednak nic sobie z tego nie robiłem.
Dziesiąta rocznica śmierci Any.
Dziś mogłem sobie pozwolić na wspomnienia.
Miałem ich tyle do wyboru... Jednak prześladowały mnie tylko dwa obrazy.
Jeden, Any pod koniec jej życia gdy przyszedłem ostatni raz do jej domu.

https://media4.giphy.com/media/EGKfqKWzQC03m/200.gif

I drugi, gdy Ana już odeszła.

http://i2.pinger.pl/pgr21/c863a3aa000fa8e4538a4d35
Westchnąłem. Jakie to niesprawiedliwe, że życie zabrało mi ją, w chwili gdy najbardziej była mi potrzebna. To ona sprawiła, że odżyłem i zacząłem poprawnie pełnić obowiązki anioła. Wielokrotnie wzywali mnie do Arce, na długie rozmowy. Nawet długie pobyty w Urbem, mieście które sprawiało, że każdy nieszczęśliwy anioł "odżywał"... Nic nie pomogło.
Miałem taki czas, że myślałem tylko, aby zginąć. Jedyne co mnie jeszcze wtedy trzymało przy życiu, to walka i treningi.
I wtedy pojawiła się ona...
   Tego wieczoru, grałem jak zwykle w bilard. Pewien gość, wkurzył się, gdy wygrałem samochód, który postawił. Uśmiechałem się drwiąco nic sobie z niego nie robiąc. Zaczął do mnie startować, więc reszta - równie niezadowolona jak on, bo większość ograłem - chcąc nie chcąc musiała go powstrzymać. 
  Przewróciłem oczami i na chwilę odstawiłem kij. 
Podniosłem głowę i wtedy w drzwiach stanęła nowa dziewczyna.
Uśmiechnęła się lekko patrząc mi prosto w oczy. Żadna kobieta nigdy nie wprowadziła mnie taki w stan, bo po prostu mnie zatkało. Szła do mnie pewnym krokiem, doskonale wiedząc, że każdy facet na tej sali się za nią ogląda. 
- Znalazłam cię - to pierwsze słowa, które do mnie wypowiewdziała. 
Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale gapiłem się na nią jak kretyn.
I w tej chwili nadbiegł ochroniarz. Wściekły wycelował w nią palcem. 
- Ty! Wyjazd! 
- Spokojnie - odparłem wtedy - Jest ze mną. 
Facet natychmiast zamilkł. Wymruczał coś jeszcze pod nosem i odszedł.
A ja wtedy patrząc w jej oczy, pierwszy raz odczułem chęć do życia.

Którą zabrała mi w dniu, kiedy odeszła.
Ana była zwykłym człowiekiem..
I przegrała walkę z nowotworem...
Wielokrotnie zarzucałem sobie, że nic wtedy nie zrobiłem. Ona nie chciała się nawet leczyć. Dobrze wiedziała, że to już jej nic nie pomoże, tylko opóźni śmierć.
Dowiedziałem się o jej chorobie tydzień przed tym jak odeszła.
Jej śmierć odczułem nie tylko psychicznie, ale też fizycznie, ponieważ wybrałem ją sobie, jako osobę, której będę Stróżem.
 Rodzinie i znajomym starałem się potem nie pokazywać jak cierpię. Robiłem wszystko co należało do moich obowiązków, starałem się wychodzić do innych miejsc, niż do klubu.... Pewnego dnia Lena tego nie wytrzymała.
I wtedy pojawił się Matt, który stał się moim najlepszym przyjacielem i pomógł mi z tego wyjść.
 Teraz patrząc na jej grób, nie czułem praktycznie nic. Uśmiechnąłem się lekko, gdy Lena stanęła obok mnie i położyła kwiaty na płycie.
 Pół godziny potem poszliśmy do samochodu.
- Wiem, że może teraz nie powinnam... - zaczęła Lena - ale wiesz, że trzeba zająć się sprawą Diany.
- Później - uciąłem i jechałem dalej wpatrując się w drogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz