środa, 29 kwietnia 2015

Od Ivy

  Poszłam w stronę lasu i jak najszybciej chciałam być w domu. Colin się ulotnił, nie widziałam go ani nie słyszałam, ucieszyłam się. Nie traktowałam go jak swojego brata... już nie.Zadzwonił telefon, był to mój tata. Stęskniłam się za nim odrobinę... 
-Cześć tato. 
-Musisz mnie odwiedzić, Ivy... jest tu świetnie. 
-Teraz jesteś w...?
-Amsterdam. 
-O! Naprawdę?! Uwielbiam Amsterdam!
-Wiem, zawsze Ci obiecywałem przyjazd tutaj...
-Od dziesięciu lat mi to obiecujesz. - zaśmiałam się. - Kiedy wracasz do mn... nas?
-Nie wracam skarbie... 
-Jak to?
-Jesteś już dorosła... masz dwadzieścia lat. Dom jest twój i Colina... 
-Nie przyjedziesz tu? 
-Ech... Nie, nie mogę. Mam tutaj sprawy z książką i mam tu dla kogo żyć.
-A tutaj nie miałeś?
-Ależ miałem, chodzi o to, że mam tutaj kogoś.
-M... Masz kogoś...? - zdziwiłam się. 
-Tak. - westchnął. - Przepraszam, że przedtem nic nie mówiłem. 
-Nie ma sprawy... ważne, że jesteś szczęśliwy. 
-Mama do mnie dzwoniła, Ivy...
-Naprawdę?
-Tak... Pamiętasz, że miałaś iść na medycynę?
-Tato, tak postanowiliście sami ale ja nie wiem co chcę robić.
-Wiesz... sama jako dziecko lubiłaś grać w gry w...
-Wiem... Tato... ja zaczęłam już studia, właściwie je już kończę... 
-Czas Ci ucieka córcia. To fantastycznie. 
-Wiem... Zaraz znajdę pracę i zrobię specjalizacje. 
-Zdaję sobie sprawę z tego, że nie chcesz iść na medycynę ze względu na obecność mamy...
-Do pracowania zostało kilka tygodni... a z mamą dam radę. Już niedługo po studiach zacznę szukac pracy. 

***

  Miesiąc po ukończeniu studiów zajęłam się pracą. Sprzedałam swój dom i kupiłam sobie mieszkanie w centrum pięknego Seattle. Uczyłam się od podstaw i przykładałam się do pracy. Pracowałam na dziecięcym, w sumie szłam w tym kierunku. Uwielbiałam dzieci... a pracowanie z nimi i opiekowanie się to dla mnie sama przyjemność. 
  Nie przejmowałam się swoim jednym wielkim minusem... ''drzwi'' mogą się same otworzyć i przeze mnie znów przejdą demony. Jednak na razie jestem odporna i nie pozwalam na przejście przeze mnie. Unikałam przez ten cały czas domu Michaela, dobrze zrobiłam... chyba. Powinien się przestać mną interesować, zawracałam mu głowę niepotrzebnie. 
  Poszłam do gabinetu dyrektorki, pani Kendall, która mnie wezwała. Miała około czterdzieści pięć lat, była chuda, zgrabna i cały czas roześmiana. Traktowała mnie jak swoją córkę, była bardzo w porządku. Jednak nie wiązała kontaktów osobistych w pracy. Praca to praca... 
-Chodź, usiądź. - uśmiechnęła się i zdjęła okulary. 
  Bez słowa wykonałam polecenie i spojrzałam na nią. 
-Jestem zadowolona z twojej pracy, jednak na miejsce specjalizacyjne mam jeszcze jednego kandydata. Chciałabym, żebyś się przyłożyła bardziej. Daj z siebie wszystko.
-Dobrze. A z kim mam rywalizować o miejsce na specjalizacji?
-Z doktor Wanat. Będzie z nią trochę problemów.
-Dlaczego? 
-Zobaczysz sama. Ja jako dyrektorka nie plotkuję na temat pracowników. Moje zdanie trzymam dla siebie. 
-Dobrze, dziękuję. - uśmiechnęłam się i wyszłam. 
  Na korytarzu spotkałam ordynatora. Przywitałam się z nim, był niski, około pięćdziesiątki. Był bardzo radosny na obchodach, zwykle zachowywał powagę ale na sali operacyjnej był naprawdę godny podziwu. 
  W bufecie napotkałam Jen, która miała trzydzieści lat i była chirurgiem. Uśmiechnęła się do mnie i usiadłyśmy razem przy stoliku pijąc kawę. Ona jadła sałatkę. Jen była blondynką, zwykle lubiła szaleć i należała do lekarzy którzy lubili używać ironii, ona robiła to w nadmiarze. Jednak przywiązywała szczególną powagę do pracy. W kontaktach z pracownikami była dość ironiczna, wkurzająca... ale lubiłyśmy się. 
-Nie masz łatwo na tej specjalizacji z Wanat. - zaśmiała się. - To suka. 
-Dlaczego tak o niej ostro mówisz? 
-Potrafi wskoczyć np. twojemu facetowi do łóżka jeśli nie odstąpisz jej miejsca. To suka, mówię ci. 
-Skąd to wiesz?
-Znam ją. Jednak nie zadzieraj z nią ostro, jest córką ordynatora. 
-O mój Boże... - westchnęłam. - Nie chcę z nikim rywalizować w ten sposób... 
-Wytrzymasz. - mrugnęła do mnie. - Ja na przykład drę koty z doktorem Ordą.
-Ordę już zdążyłam poznać, jest naprawdę wredny...
-Ciska słowami jak z procy... bolą, są szybkie i nie da się przed mini obronić... wiesz, ze mną nie ma łatwo. Ja wywalczyłam miejsce na specjalizacji to teraz ma mi to za złe. 
  Zobaczyłam nagle jej czarne oczy. Przeraziłam się i odeszłam od niej. Poszłam do szatni i po drodze spotkałam mamę. Cholera.
-Chciałabym z tobą porozmawiać...
-Nie mamy o czym! Chcesz gadać o tym, jak na moich oczach gdy miałam sześć lat, poszłaś za plecami ojca z tym gówniarzem do łóżka? Nie mamy o czym rozmawiać!
-Ale ja go opuściłam...
-Ojciec kogoś ma, ja zaczynam swoje życie! Nie psuj mi go jest wystarczająco popieprzone! Wyrzuciłam cię ze swojego życia już dawno, tak jak ty zrobiłaś to z tatą, Colinem i ze mną. Nie chcę cię znać. 
-Ivy...
-Przepraszam, ale mam obchód. - popędziłam przed siebie.
  Na obchodzie patrzyłam na wiele dzieci, po chemioterapii, po wypadkach, chorobach... Jedna dziewczynka,Aja. Miała niedobór tlenu w płucach. Jedno pracowało poprawnie, drugie wcale. Chodziła z ciemno niebieskim plecakiem w środku z butlą tlenową. Z niej do nosa dochodziła przeźroczysta rurka która doprowadzała tlen do płuc. Była tu, bo często miała duszności, jej rodzice jej nie kochają, tak powiedzieli ordynatorowi na obchodzie, że nie mają pieniędzy na jej utrzymanie, chociaż oboje są dobrymi prawnikami. Ja wraz z ordynatorem szukamy wyjścia z tej sytuacji, dziewczynka musi trafić do sierocińca. Gdy rozmawiałam o tym z rodzicami dziecka uznali to za dobry pomysł i oddali ją. Od tej pory opiekuje się nią i opiekę przejęła Lily, położna. Jednak jest tutaj i ma na nią oko, zawsze Lily chciała mieć dzieci, ale nie mogła. A ja mam oko cały czas na nią. Miałam szczęście, że przyszło mi decydować o jej zdrowiu, operacjach... 
  Po obchodzie weszłam do jej sali, ale nigdzie jej nie było. Pluszaki, zabawki, domek sięgający mi do pasa był przesunięty pod ścianę a w okół niego leżały misie. Nachyliłam się i uśmiechnęłam się gdy ją zobaczyłam. 
-Czemu się chowasz? 
-Ciiiiśś... 
-Mam szeptać? - spytałam u ukucnęłam przy niej. 
-Tak. 
-A przed kim się chowamy? 
-Przed panem Leonem.
-Ordynatorem, tak?
-Tak. 
-Aaaa... Nie lubisz go?
-Lubię, jest fajny. Czasem jak ma czas się mną zajmuje. 
-Bawi się z tobą?
-W chowanego i w ogóle. 
  Uśmiechnęłam się gdy sobie to wyobraziłam. 
  Do pomieszczenia weszła Lily. 
-A wy co tutaj robicie? - spytała zdziwiona. 
-Chowamy się. - szepnęła dziewięciolatka. 
-Powinnam iść. - wstałam.
-Nie idź! Lubię spędzać z tobą czas.
-Ona musi iść, Aju. 
-Wrócę. - szepnęłam i wyszłam.
  Na korytarzu słyszałam jakieś krzyki dziewczyny, były głośniejsze, na salach i na recepcji ludzie szeptali i z przerażeniem słuchali co krzyczy dziewczyna. Drzwi nagle się otworzyły i ona ruszyła prosto na mnie. Próbowałam się dodzwonić do taty... 
-Nie chcę być w tym miejscu!!! Zostawcie mnie!!! 
-Co jest?! - krzyknęłam na ochroniarzy. 
-Wyrwała się!
-Robicie tu tylko niepotrzebny hałas, dajcie jej leki uspokajające i... - syknęłam.
-Nie!!! - krzyczała. 
-Widzi pani? - warknął ochroniarz. 
-Zajmę się nią, pozwolicie? 
-Może być niebezpieczna... może uciec...
-To tylko zwykła szesnastolatka, na litość boską, Jason! 
  Wzięłam dziewczynę i przekazałam ją ordynatorowi. Jednak gdy nie udało mi się z nią porozmawiać zeszłam do piwnicy. Na dole było kolejne zejście, tam usłyszałam krzyki a potem ciszę. Była druga w nocy, ja miałam dyżur. Zeszłam na dól z ciekawości i weszłam przez uchylone metalowe drzwi. Tam była dziewczyna na łóżku, przeraziłam się samym tym widokiem. 
  Obudziłam ją... chyba. Odkształcała się a jej kości trzaskały za każdym posunięciem. Usiadła, a potem się położyła. Ten widok był nie do zniesienia, to było za wiele. Chciałam stąd wyjść, jednak dziewczyna mówiła coś znajomymi mi głosami.
  Zaczęłam się zastanawiać co robi tu ta odosobniona piwnica. Może tutaj akurat były odprawiane egzorcyzmy na pacjentach... czy coś?
-Wiem kim jesteś...
  Milczałam. Byłam zbyt przerażona by wydobyć z siebie cokolwiek. Cofnęłam się o krok, szłam w kierunku drzwi tyłem, obserwując opętaną kobietę. Wymacywałam klamki, nerwowo przesuwałam ręką po drzwiach. 
-Czuję smród twojego strachu... Masz na imię... Ivy, prawda?
-Skąd... z..znasz... m...moje imię? - jąkałam się. 
  Kobietą była szesnastolatka którą się miałam zająć. Więc była opętana. Uciekłam stąd i zamknęłam drzwi tym samym kluczem którym otworzyłam cholerne drzwi do tego demonicznego czegoś. 
  Na górze rozmawiałam z panią Kendall, która uspokajała mnie. Płakałam przerażona, choć nie była to dla mnie nowość. Takie rzeczy widziałam na filmach, egzorcyzmach z kaset... ale nie na żywo. Wywarło to na mnie duże wrażenie i strach... 
-Trzymacie tam pacjentów? - spytałam.
-Tak, teraz pewnie odbywają się egzorcyzmy. Ten szpital potrzebował tego pomieszczenia. Od początku gdy wiedziałam o opętaniach... tutaj odbywały się egzorcyzmy, tutaj pojawiali się pacjenci ''inni''. 
-Nie mogę pracować wśród opętanych, przepraszam...
-Rozumiem. Nie będą przydzielane ci operacje ani obchody z takimi ludźmi. Oni trafiają do psychiatryków po zdiagnozowaniu opętania. Jednak w innych szpitalach nie uznają takiego czegoś. 
-W takim razie... dobrze... przepraszam za kłopot i za to, że otworzyłam te drzwi.
-Następnym razem... nie wchodź tam. 
-Dobrze. - wyszłam i poszłam do domu. 
  Było po trzeciej, zaczynałam się trochę bać... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz