wtorek, 14 kwietnia 2015

Od Cole

- Myślę, że powinniśmy ją odwiedzić.
Podniosłem wzrok. Victor przechadzał się w zadumie po pokoju. Zgasiłem papierosa i spytałem.
- Kogo?
Spojrzał na mnie. Westchnął i usiadł na sofie przede mną.
- Ta dziewczyna nie daje mi spokoju. Czuję, że to nie był zwykły wypadek...
Zorientowałem się o kogo chodzi.
- Znowu jakaś dziewczyna? Ledwo pozbyliśmy się jednej i już zaczynasz z inną?
Victor przewrócił oczami.
- Ty jakoś strasznie uprzedzony jesteś - zauważył.
Na chwilę zamilkłem, jednak zaraz mu się odgryzłem.
- Natomiast ty wręcz przeciwnie. Dawno nie widziałem, żeby ktoś miał takie parcie na laski.
Victor wybuchnął śmiechem i poklepał mnie po ramieniu. Przewróciłem oczami i westchnąłem.
- Z kim ja żyje... - mruknąłem pod nosem.
- Słyszałem to! - odparł wchodząc do kuchni, a ja znów popadłem w swoje dumania.


                                                                   ***


 - Wyobraź sobie coś kojącego... Plażę w Los Angeles: biały piasek, niebieska woda, załamujące się fale, ty idziesz wzdłuż linii przypływu...
Uchyliłem powiekę.
- Brzmi bardzo romantycznie.
Patick westchnął i przeczesał palcami swoje przydługie włosy. Choć był zimny dzień, Patrick zdjął kurtkę i podwinął rękawy koszuli; wilkołaki nie reagowały na temperaturę powietrza tak samo jak ludzie.
 Siedziałem naprzeciwko niego na skrawku brązowiejącej trawy w parku, ze skrzyżowanymi nogami i rękami na kolanach.
  Niedaleko nas znajdowało się skupisko głazów różnej wielkości. Na jednym z większych usadowili się Matt, Lena i Victor. Kiedy rzuciłem na nich okiem, siostra pomachała do mnie. Gdy Matt zauważył ten gest, trącił ją w ramię. Zapewne dawał jej w ten sposób do zrozumienia, żeby nie przeszkadzała mi w koncentracji. Uśmiechnąłem się. Żadne z nich nie miało właściwie powodu, żeby tu być, ale i tak przyszli dla
"wsparcia moralnego". Choć podejrzewałem, że Victor przyszedł by się pośmiać, Lena by go pilnować, a Matt jak wierny pies za nią.
 Patrick pstryknął mi palcami przed nosem.
- Jesteś skupiony?
Zmarszczyłem brwi.
- Byłem, póki nie wkroczyliśmy na grząskie terytorium sentymentalnych klisz.
- Hm, więc jakie rzeczy sprawiają, że czujesz spokój?
Chłodny wiatr szeleścił nielicznymi suchymi liśćmi, które jeszcze czepiały się gałęzi drzew.
- Zabijanie demonów - odparłem - Dobre, czystce zabójstwo jest bardzo relaksujące. Krwawe są gorsze, bo potem trzeba sprzątać...
- Nie. - Patrick uniósł ręcę.
Poniżej rękawów koszulki było widać tatuaże oplatające jego ramiona. "Shanti, shanti, shanti". Wiedziałem, że to oznacza "pokój, który przewyższa wszelki rozum" i że trzeba powtarzać mantrę trzy razy, żeby ukoić umysł. Ale mnie ostatnio nic nie potrafiło uspokoić. Sny były tak żywe i nasycone kolorami jak malowidła olejne. Próbowałem uwolnić się od nich treningami, spędzałem wiele gościn w sali ćwiczeń: krew, siniaki, pot, a raz nawet połamane palce. Niestety, nie udało mi się osiągnąc nic więcej oprócz zirytowania Vicotra ciągłymi prośbami o znaki uzdrawiające, których sam niestety nie mogłem sobie narysować.
  To Matt kiedyś powiedział, że jego dobry przyjaciel z watahy, codziennie medytuje. I to on powiedział, że wyrobienie sobie tego nawyku pomogło Patrickowi złagodzić wybuchy niekontrolowanego gniewu, które często są częścią procesu przemiany w wilkołaka. Stąd, był już tylko jeden krok do propozycji Leny, że
"Cole też mógłby spróbować", i tak oto znalazłem się tutaj. Właśnie odbywałem drugą sesję.
 Osobiście uważałem, że to idiotyczne. Jednak Lena nie mogła znieść tego, że nie daje rady spać, ponieważ od dwóch tygodni co noc prześladują mnie koszmary i czasem "wybucham" z byle powodu. Dla mnie to było nic strasznego... ale siostra musiała postawić na swoim.
Marnowałem swój czas tylko dlatego, żeby ją zadowolić. Szczerze nie wierzyłem, by ta cała medytacja mi pomogła.
- Żadnego zabijania - uciął Patrick - Staramy się, żebyś odzyskał spokój i wreszcie spał spokojnie. Krew, mordowanie, wojna wcale temu nie służą. Jest jeszcze coś, co lubisz?
- Broń - odparłem - lubię broń.
- Zaczynam myśleć, żę mamy tutaj do czynienia z problematyczną osobistą filozofią - odparł.
Wywróciłem oczami.
- Patrick, dziękuje ci za to co robisz, ale... Nie mam już na to dziś siły. Spotkajmy się za parę dni, czy coś... - mruknąłem niechętnie.
Towarzysz westchnął, ale posłusznie wstał.
- Niech ci będzie. Pamiętaj, że robię to dla ciebie, abyś wreszcie mógł żyć normalnie.
Mimowolnie dotknąłem swoich cieni pod oczami i poczułem nasilające się osłabienie.
- Dzięki Patrick - odparłem znużony i wraz z nim podążyłem do czekających na nas przyjaciół.
Szczerze nie wiedziałem czy to coś pomoże... Miałem nadzieję że owszem, bo jeśli nadal tak miało być... To czułem, że nie pociągnę długo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz