Stanął przed moim domem. Czułam się dziwnie od chwili zbicia dzbana... Jakby coś znów mnie obserwowało albo coś. Mój brat był w domu, nadal obawiałam się, że wróci mu dawne zło w oczach i ten paskudny charakter wraz z jego okropnym zachowaniem do wszystkich. To coś nadal w nim było... Nie mogłam mu pomóc w żaden sposób.
-No dobrze... To tutaj. - miałam złapać za klamkę ale mnie zatrzymał. - To błąd, że mnie poznajesz.
-Dlaczego? Nie wyglądasz mi na kogoś okropnego. - roześmiał się.
-Mówię serio... Jestem osobą która na pewno przysporzy ci wiele problemów... Albo i nie. Nie jestem kimś na kogo wyglądam.
-A co z tobą nie tak, że tak mówisz?
-Nie mogę powiedzieć bo sama nie rozumiem powagi sytuacji w jakiej się znalazłam... Jestem kimś, a właściwie czymś co jest podobno jakoś ważne... Em... Nie powinnam tego mówić. Wzbudzam jakieś zainteresowanie, prawda?
-Spore. - uśmiechnął się.
Chciał się w to wgłębić... albo mi się wydawało. Wszystko co mówiłam... to było zbyt trudne a jednocześnie zbyt proste by trzymać to w tajemnicy. Nie wiedziałam czym ja właściwie jestem... Co się dzieje dookoła... To było chore. Cała ta sytuacja... Nie rozumiałam jej. Nie rozumiem powagi sytuacji, nie rozumiem tego czym jestem... Czy w ogóle jestem ważna, czy też nie... czego chcą ode mnie demony? Diabeł? Wolałam nie wracać do tamtych aniołów u których z pewnością byłabym niemile widziana.
Nagle usłyszałam aż w samochodzie trzask tłuczonych talerzy. Zlękłam się... Okna w domu były pootwierane, zasunięte rolety... Co się dzieje?
-Powinnam właściwie iść. Nie chcesz mnie poznawać... uwierz. - szepnęłam i wyszłam.
Pobiegłam szybko do domu. Wparowałam przez otwarte drzwi... panowała tu ciemność. Ze wszystkich stron otaczał mnie mrok... nie lubiłam tego. Kojarzyło mi się z demonami, diabłem... dźwięk tłuczonych talerzy wyparował tak jak krzyki. Zaskoczona ale i zaszokowana podążyłam korytarzem do salonu. Poruszałam się powoli i cicho. Trudno było zobaczyć cokolwiek w tej ciemnicy ale interesował mnie mój brat. Mój brat Colin, któremu najwyraźniej coś się w tym momencie stało. Jednak tak jak zniknęło wszystko... w tym mój brat. Czułam się nieswojo, ktoś albo mnie obserwował albo mi się wydawało. Ściskałam swoje ręce w obawie... że ktoś jest w tym domu i to nie był wcale mój brat. Paznokcie wbijałam w skórę ze stresu i przerażenia... szłam, szłam... i nagle wpadłam na kogoś. Krzyknęłam przerażona.
-Ivy?
-Colin?! Co się tu działo?
-Problemy z jednym chłopakiem... Wyrwałem mu dziewczynę. Nie moja wina, że bardziej ją pociągam.
Odetchnęłam z ulgą. Jak to dobrze, że nic mu nie jest... tylko nie byłam zadowolona z jego powrotu do życia z przeszłości... Miałam nadzieję, że jak tata wróci ja szybko dostanę nowe mieszkanie i wyprowadzę się stąd. Ten dom przyprawiał mnie o dreszcze, bałam się tu mieszkać z bratem który jest po opętaniu i jest po przemianie... jeśli dobrze zrozumiałam to, co mówiły mi wtedy anioły.
-Poderwałeś dziewczynę jakiemuś chłopakowi? Oszalałeś? - zaczęłam wymacywać włącznika światła. Nawet nie wiedziałam gdzie stoję.
Zaszokował mnie bałagan panujący w domu. Potłuczone talerze w kuchni, krew... chwila...! Krew?! Spojrzałam pytająco na brata z zaszokowaniem. Odsunęłam się od ściany... nie wiem teraz czy się bałam swojego własnego brata. Nie wiem co czuję w tym momencie. Nie wiem co się tu działo, ale mogłam się domyślić po śladach krwi na białej ścianie w salonie.
-Co ty... mu zrobiłeś? - szepnęłam ale on milczał. - Co mu zrobiłeś?!
-Rzucałem w niego talerzami, bawiło mnie to jak próbował unikać moich ciosów.... gdy trafiłem w ścianę obok szkło wbiło mu się w oko. Potem go lałem jak psa. Uciekł... jakoś.Miał dziwny znak na ręku, uznałem, że moje zachowanie było słuszne.
-Nie było! Boże...! Jak mogłeś to zrobić! Boje się z tobą mieszkać! Boje się! Co z tobą?!
-Ivy... - chciał mnie przytulić ale ja się odsunęłam.
-Nie. - powiedziałam drżącym głosem. - Nie masz prawa mnie dotykać od tej chwili. Nie chcę cię znać. Nie taki byłeś...
Mój brat bliźniak to potwór... Mogłam się tego spodziewać po opętaniu. Nic nie zauważałam... byłam zbyt pochłonięta własnymi problemami niż jego... Ja też jestem winna. Nie obchodził mnie jego los... martwiłam się o siebie. Egoistka ze mnie.
W szkole siedziałam w klasie i usłyszałam głosy. Nie docierały do mnie z początku, były uparte. Chciały wzbudzić strach we mnie... Nie chciałam się poddać strachowi...Patrzyłam się w okno, z widokiem na miasto. Głosy się nasiliły. Wkurzały mnie.
Ivy! Akuku! Tutaj twoi znajomi... pamiętasz jak nas wypędziłaś? Pamiętasz? Nie lubimy takiego zachowania... mogliśmy się zaprzyjaźnić, być jednością...
Westchnęłam i dalej próbowałam to ignorować.
Na suficie zauważyłam czarną plamę, wyglądało to jak krew, ale zaraz uformowało się w odwrócony krzyż. Jestem wierząca, oczywiście. Odwrócony krzyż był tylko celem wywołania strachu we mnie. Nieznana siła mnie chce omotać... Nie wiedziałam czy zrobiłabym dobrze wchodząc w szeregi diabła... albo czy zrobiłabym dobrze ignorując to... a może dobrze by było gdybym była tym portalem dla demonów? Może trzeba mnie ''zamknąć na klucz'' i pilnować? Chodzi mi tu o śmierć.
-Panno Brinley... Chce pani coś dodać? - spojrzał się na mnie profesor.
-Nie. - uśmiechnęłam się i udałam, że go słucham.
Odpuścił. Po dzwonku czekałam przed szkołą na Beathe, ale nie było jej jak i Simona. Czy coś z nimi się podziało? Miałam nadzieję, że nic takiego się nie stało i jest dobrze...
Nie wróciłam do domu. Poszłam do miasta, bo tam czułam się bezpiecznie, wśród ludzi nic mi nie groziło. Głosy mogły wynikać z mojej wyobraźni jak i odwrócony krzyż formujący się z plamy krwi. Potem rzecz jasna go nie było. Co ze mną? Może jestem wariatką? Świruję? Albo wprowadziłam demony do miasta... niedługo liczba opętań się nasili...?
Stałam przed sklepem chowając do czarnej skórzanej torby portfel. Ktoś stanął przede mną, wystraszyłam się nieco i odskoczyłam od osoby bojąc się spojrzeć.
-Mówiłam, żeby ze mną nie rozmawiać. - mruknęłam do Michaela.
-Nie zupełnie. Powiedziałaś, żeby cię nie poznawać. - poprawił mnie.
-Naprawdę nie mam głowy do czepiania za słówka,gierek słownych... Bawiłoby mnie to, gdybyś nie był tak uparty. Naprawdę aż tak przyciągam uwagę?
-Odrobinę.
Założyłam kaptur na głowę i poprawiłam torbę.
-Znów zmusisz mnie do pojechania gdzieś z tobą?
Wyjął papierosy a ja od razu się zjeżyłam.
-Serio?
-Co?
-Zawsze musi być jakaś hamartia, prawda? Płacisz korporacji za raka z każdym spalonym papierosem. Rany! Właśnie wszystko zniszczyłeś.
-Wszystko, tak? - zerknął na mnie z uśmiechem.
-A szło ci nawet nieźle. - dodałam.
-Naprawdę? - zaśmiał się. - Hamartia?
-Tragiczna skaza. - wyjaśniłam i odwróciłam wzrok.
-Tragiczna... - spojrzał się na mnie z rozbawieniem - Dziewczyna z college'u? Stąd ta aura wyrafinowania. Widzisz, ja nie palę.
-Słucham? Wciskasz kit każdej dziewczynie?
-Nie każdej. Ale zwykle łapanie na papierosy działa. Lecą na to. - roześmiał się.
-No widzisz, ja jednak na to nie poleciałam.
-Chciałbym więcej o tobie wiedzieć.
-Więcej? Jesteś zbyt dociekliwy. - zmrużyłam oczy. - Powinnam się ciebie bać ale mam już kogo się obawiać.
-Masz kogoś takiego?
-Tak. Jest tego ''kogoś'' sporo. Wiesz... wielka liczba czegoś co chce źle dla ciebie. Powinnam się już zamknąć, zbyt wiele mówię. - palnęłabym się teraz w łeb.
-To wyjaśnisz mi wszystko u mnie.
Przewróciłam oczami i podążyłam za nim. Przed jego domem zaczęło lekko kropić. Co za chora pogoda... najpierw jest ciepło, potem zimno, pada deszcz, grad a na końcu jest tęcza! Szłam w milczeniu. Pogrążyłam się w myślach... głosy zniknęły... co za ulga.
-Opowiadaj.
-Co mam opowiadać?
-O sobie. Twoja pasja, dziwne sytuacje, fetysze?
-Fetysze? - roześmiałam się. - Nie mam pasji. Dziwnych sytuacji jest sporo.
-Powiesz o jednej z nich?
-Nie powinnam o tym gadać. - zmrużyłam oczy z lekkim uśmiechem.
-Mów. Jestem ciekaw.
-Dobrze... więc... - spojrzałam na niego. -... dziś miałam dziwną sytuację. Siedziałam w szkole, słyszałam nagle głosy. To nie był nikt z uczniów. Potem gdy ignorowałam je... te głosy... na suficie pojawiła się plama krwi która ukształtowała się w odwrócony krzyż. To nie wszystko, mam takich historii więcej ale nie uwierzysz w żadną z nich. Dotyczą opętania, diabła, demonów i aniołów. - spojrzałam na jego twarz. - Widzisz? Mówiłam, że nie uwierzysz.
-Z kimś jeszcze o tym rozmawiałaś?
-Nie rozmawiam z nikim od czasu gdy wszystko się zaczęło. Odsunęłam od siebie przyjaciół... Brat jest opętany i nie wiem czy dobrze jest wrócić do domu. Ale nie mam wyjścia. Martwię się o niego. Nikt by poza tym nie uwierzył, że widzę rzeczy i słyszę coś czego nie powinnam. Oszalałam... - zaśmiałam się pod nosem. - Ale muszę już iść. Chyba zbyt wiele ci powiedziałam.
Wstałam i nie patrzyłam więcej na jego twarz. Nie chciałam widzieć, że patrzy na mnie jak na wariatkę. Mówiłam mu, żeby mnie nie poznawał.
-Spójrz na mnie. - poprosił. - Czemu mi nie powiedziałaś?
Wykonałam jego prośbę ale nie odpowiedziałam. Wzruszyłam ramionami. Ależ on był wysoki... Albo to ja byłam tak niska.
-Czemu nie mówiłaś?
-Nie powinnam tego mówić. Nikt nie powinien wiedzieć, że jestem wariatką. Wracam do domu. - szepnęłam i wyszłam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz