Wziąłem papierosa do ust i obserwowałem jak siostra kłusuje.

- Co dziś taki przybity jesteś? - mruknął przyjaciel
Westchnąłem.
- Matt, ja jestem "przybity" przez 365 dni w roku.
Tym razem to on wzdychnął.
- Wybierasz się dziś do kasyna?
Wzruszyłem ramionami.
- Możliwe. Dawno nie grałem.
Dawno nie grałem legalnie - rzecz jasna.
Matt uśmiechnął się lekko, gdy Lena pochyliła się nad koniem i pocałowała go.

- No, siostra, kończymy! - krzyknąłem.
Lena tym razem mnie posłuchała. Odprowadziła konia do stajni i po chwili była już z nami.
- Czemu ze mną nie jeździliście - mruknęła z udawanym żalem.
- Ja jakoś nie mam nastroju... a Matta prędzej koń by pogryzł, niż pozwoliłby mu na siebie wsiąść - zauważyłem sarkastycznie.
Matt przewrócił oczyma.
- Mnie może by i pogryzł... Ale pod tobą by się załamał.
Lena uśmiechnęła się lekko

- Musicie sobie tak dogryzać? - spytała.
- Kotku, to jeszcze nie jest nawet dogryzanie - odparł Matt i pocałował ją mocno.
Odwróciłem dyskretnie wzrok. Nie wydałem już odgłosu obrzydzenia. Przywykłem do ich tego mamlania.
Niezależnie ode mnie, pod powiekami pojawił się obraz pewnej osoby, prześladujący mnie od dawna.
Chrząknąłem i odwróciłem się. Gołąbeczki na szczęście przestały się już obściskiwać.
Gdy przejeżdżaliśmy obok cmentarza, rzuciłem przelotne spojrzenie na bramę. Siostra i przyjaciel jak na zawołanie zamilkli. Ja natomiast bez słowa jechałem dalej.
- Cole... - zaczęła Lena, jednak przerwałem jej zanim na dobre zaczęła.
- Jakie macie plany na wieczór?
Oboje po sobie spojrzeli.
- W zasadzie... Chcieliśmy z tobą...
- Świetnie - uciąłem - W takim razie jadę do kasyna.
W środku zapadła cisza, a ja nie wzruszony prowadziłem dalej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz