niedziela, 26 kwietnia 2015

Od Ivy

-Nie chce, żeby moje życie tak wyglądało. - szepnęłam a on wpatrywał się we mnie. - Nie chce taka być. Wolałabym być normalna, ale nie zapominać o tym wszystkim... Myślałam, że życie jest takie... spokojne... że moje życie takie będzie...
  Spojrzałam na niego i złapałam się za głowę. Boże, kim ja właściwie jestem? Dobre pytanie... na które chcę znać odpowiedź.
-Kim ja jestem? Czym jestem?
-Zdaje mi się, że jakby mieszanka anioła i demona... choć nie wiem jak to możliwe.
-Aha..? To znaczy...
-Znasz bogów Egipskich i historię o wierzeniu w nich?
-Tak.
-Jest z tobą jak z Anubisem.
-To znaczy?
-Anubis chciał wejść do świata bogów, być z ojcem, ale był pół człowiekiem pół szakalem... a to było dla niego potępienie,klątwa. Został...
-I szukał duszy czystej która mogłaby wprowadzić go między bogów. - dokończyłam. - Czyli... lekarstwem dla mnie jest czyjaś czysta dusza?
-Nie, nie tak. - uśmiechnął się. - Chodzi o to, że musisz w sobie znaleźć coś dobrego, kiedy pokonasz diabła... wypędzisz demony... staniesz się normalna na tyle, że aż odporna na opętania i takie tam.
-Jak to zrobić?
-Czekać.
  Westchnęłam i parsknęłam.
-Chodź.
-Gdzie? - spytałam kiedy pociągnął mnie na górę.
-Masz zamiar tu siedzieć jak niewolnica?
-Jeśli musiałabym... - zaśmiałam się.
  Siedzieliśmy na górze.
-Pomogę Ci w odnowie domu! - uśmiechnęłam się.
-Nie. To raczej mój obowiązek...
-No proszę! Jestem perfekcjonistką, nadam się do pomocy.
-Jesteś moim gościem, a nie, jak wspomniałem, niewolnicą.
-Daj spokój! - zaśmiałam się. - Proooszę!
-Dobra... niech ci będzie.
-Fajnie. Co mam robić? - zerwałam się i podskakując poszłam za nim.
-Pędzel... - podał mi.
-Ej! Do malowania mam sie przydać? Jestem jak Bruce Willis w filmie akcji... daj mi coś porządnego.
-Dla pechowca? Jeszcze dam ci młotek a przywalisz sobie w rękę.
-Wkurzający jesteś. - uśmiechnęłam się szeroko.
-Ja?
-Tak, Ty! - zaśmiałam się i poszłam malować.
  Kiedy Michael przechodził obok oblałam go farbą. Zaśmiałam się, złapał pędzel i umalował mi moją białą bluzkę. Poszłam się przebrać i wróciłam do pracy teraz na poważnie. Chciałam tu być i coś pomóc... A nie nic nie robić.
  Pod dom podjechała jakaś kobieta, podeszła do mnie.
-Przepraszam, czy jest tutaj Michael...?
-Tak... - urwałam, gdy go zobaczyłam.
-Zapraszam. Coś się stało?
  Poszli a ja spuściłam wzrok z nich i zajęłam się robotą.
  Po jakimś czasie pracę wykonałam i dumna poszłam umyć ręce. Odłożyłam wszystko na miejsce i jeszcze przy okazji posprzątałam.
-Ivy... - usłyszałam szept, który był mi już znajomy.
-Zostaw mnie. - pomyślałam. - Wal się.
-Ivy... Chodź do mnie.
  Spojrzałam za siebie i ujrzałam w lesie ciemną postać, była przerażająca, biło od niej zło, ale przełamałam się i poszłam niezauważona... chyba... podążyłam do lasu. Jednak gdy wyszłam z domu i przekroczyłam jego próg... nikogo tam nie było. Zmarszczyłam brwi, patrzyłam chwilę w las i czekałam na jakiś głos... sygnał, czy cokolwiek. Jeśli coś ma się zdarzyć... niech stanie się teraz.
  Poszłam w stronę lasu, gdy przeszłam przez zarośla, krzaki i zarośnięte drzewa ujrzałam ciemną postać o wiele ode mnie wyższą.
-Ivy...
-Przestań mnie wołać.
-Ale przyszłaś.
-Tak, bo chcę się z tobą zmierzyć.
-Jesteś gotowa na to? - zaśmiał się. - Dla mnie to i lepiej, mała, słodziutka Ivy.
-Ze mną nikt nie może się mierzyć.
-Wyjaw mi swoje imię.
-Wal się.
-Wyjaw mi swoje imię, jeśli jesteś taki odważny i przekonany, że nic cie nie zabije.
-Lucyf...
-Mów. Dokończ!
-Lucyfer.
-Chodź. Kiedy się bliżej poznaliśmy masz wolne wejście do mnie.
-Tak łatwo?
-Chciałam znać imię swojego pana. - uśmiechnęłam się a on wszedł w moje ciało.
  Opierałam się jego atakom, próbowałam go wyrzucić z siebie, zniszczyć. Po dłuższym czasie mi się udało, wyszedł ze mnie z przerażającym krzykiem i zniknął. Zdziwiona i roztrzęsiona wróciłam do domu Michaela. Udawałam, że nic się nie stało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz