wtorek, 14 kwietnia 2015

Od Michaela

Odgłos pękających desek wyrwał mnie ze snu.
Nie wiedziałem jak długo ktoś kręci się gdzieś po starym,
spróchniałym domku odziedziczonym po rodzinie, który
zamieszkiwałem od wczoraj.  Minęło kilka chwil gdy całkowicie
się rozbudził.
Trzask..Trzask..Trzask..
-Co do cholery?
Dźwięk powoli zanikał lub wtapiał się w szum drzew które rosły
dookoła, a dziś wiał silny wiatr.
Z ciekawości powoli wstałem ze starej kanapy i delikatnie
stąpając po kruchych panelach, wyszedłem z pokoju aby zobaczyć
kto to, lecz nikogo nie znalazł.
Po spenetrowaniu kilku pokoi na dole ,poczułem się pewniej i
wyszedłem na werandę i odetchnąłem świeżym leśnym powietrzem.
Marzyłem wyrwać się z zapoconego miasta właśnie w takie miejsce
jak to.
Wróciłem do środka i niemal natychmiast wróciła woń pleśni
która panowała w całej posiadłości.
Dom odsłonięty by od wiodącej do miasteczka drogi, rzędem
pokręconych drzew, skierowanych w różne strony.
Ta niegdyś elegancka, zaciszna posiadłość, dziś zdradzała
wyraźne oznaki zniszczenia. W oczy rzucała się złuszczona
farba, pourywane rynny oraz brak kilku dachówek.  Zielsko
pleniło się na zaniedbanych trawnikach i ścieżkach.
Wszedłem do kuchni która jako jedyna nie tonęła w brudzie i
kurzu. Na szybko zjadłem śniadanie z nielicznych produktów
które przywiozłem ze sobą i swoją Navar'ą pojechałem do
miasteczka.
Wchodząc do sklepu monopolowego minąłem się z jakąś
poddenerwowaną dziewczyną, mój instynkt detektywa już
podpowiadał mi coś. Po zrobieniu zakupów i wyjściu ze sklepu
znów ją zauważyłem, teraz siedziała na ławce niedaleko sklepu,
tak jakby na mnie czekała. Wydawało by się że jest przerażona
albo po prostu błądzi myślami po niewiadomym. Dyskretnie
dosiadłem się do niej i chciałem zacząć rozmowę, ale nie
wiedziałem jak, bo przecież jakoś, kogoś muszę poznać.
-Hej, jestem Michael, niedawno się wprowadziłem w te okolice..
- zacząłem rozmowę
-A tak ? No hej - powiedziała roztrzęsiona
-Wszystko w porządku ? - spytałem kładąc lekko ramie na jej
barki.
-Nic mi nie jest. - wyprostowała się i w końcu spojrzała na
mnie - jestem Ivy
-A więc Ivy jeśli mogę zabrać ci chwilę..
-Teraz nie mam czasu, śpieszę się
Wstała i zaczęła iść dalej. Wyprzedziłem ją i zatrzymałem, była
niska a teraz staliśmy blisko siebie.
-Nalegam, chociaż odezwij się kiedyś, mieszkam w starej posiadłości tam w lesie .
-Ale ja Cię nawet człowieku nie znam
-Jak to nie ? Jestem Michael a ty Ivy, już się znamy.
Powiedziałem żartobliwie
-Będziesz mnie teraz śledził ? zgwałcisz, zamordujesz a
przedtem będziesz się nade mną znęcał ?
-Hehe ja nie z tych, po prostu chcę kogoś poznać i rozweselić
dzień takiej dziewczynie jak ty. Może masz ochotę na pizze ?
-Oj nie już wolę jechać do ciebie, teraz chcę się gdzieś
zaszyć.
-Nie ma problemu !
Wskazałem płynnym ruchem czarne auto i pilocikiem odpaliłem go.
-Zapraszam madam. - powiedziałem z uśmiechem i puściłem jej
oczko.
Gdy tylko zapięła pasy ruszyłem z kopyta, przecież trzeba jakoś
ją rozruszać. Przez całą drogę w lesie slalomem wymijałem
drzewa a ona krzyczała z przerażenia, jak ja to lubię. Ale gdy
się już zatrzymałem przy mieszkaniu ona zaczęła się śmiać.
-Wariat z ciebie - powiedziała odpinając pasy
-Może trochę ale to jeszcze nic, wreszcie widzę uśmiech.
Przejechałem delikatnie kciukiem po jej policzku i skierowałem
jej twarz w moją stronę.
-Masz naprawdę coś w sobie - zapanowała chwila ciszy - a te
oczy jak u ryby, taaaakie duże ! - przerwałem cisze, i
wyszliśmy z auta.
-A wiec witam cię w moim domu wampirów, jest nieco przerażający
nie uważasz ? - powiedziałem załamany stanem domostwa
-Nie jest tak źle.., trochę pracy i będzie cacy - powiedziała
próbując mnie pocieszyć ale dość marnie.
-Wiesz może chodź do stołu w ogrodzie, tam nie śmierdzi
pleśnią, a ja pójdę zrobię herbatę czy coś i  porozmawiamy.
-Okej, to ty leć ja poczekam.
Minęła chwila gdy przyszedłem z piciem i jakimiś ciastkami. Ona
już siedziała przy starym drewniany stole stojącym na brudnych
cegiełkach ogrodowych.
Dzień był pogodny i robiło się parno, niestety takie dni są
najgorsze bo smród z domu się nasila.
-Wiesz co ? Intryguje mnie ta wieżyczka wystająca nad dom,
ciekawe do czego służy i co tam jest. Widać że jest bardzo
stara ale ma swój urok. Szczerze to byłam tam kiedyś ale jest
cała zabarykadowana więc odpuściłam- powiedziała gdy się
dosiadłem.
-A wiesz jeszcze nad nią nie myślałem, chcesz to możemy się tam
przejść później.
-Przecież wejście jest zabite dechami
-Dziadkowie nie żyją od wielu wielu lat, posiadłość jest moja
a więc z wierzą mogę robić co chcę.
-No dobrze
Jeszcze chwile rozmawialiśmy a gdy herbata się skończyła
poszliśmy do drzwi wieży. Była ona dobudowana gdzieś na
początku dwudziestego wieku, w stylu gotyckim. Miała blaszaną
chorągiewkę na szczycie która skrzypiała ponuru, ilekroć wiatr
zmieniał kierunek, a działo się to bardzo często.
Chwila może dwie i pozbyłem się wszystkich desek blokujących
wejście, a gdy drzwi się otworzyły zalała nas fala gęstego
kurzu.
-To jak? Panie przodem ? - uśmiechnąłem się szyderczo
-A czemu nie ? Boisz się czegoś ?
Odważnie weszła do środka i powoli sprawdzając każdy stopień
schodów stąpała coraz wyżej a ja za nią, wnętrze korytarza
ciągnącego się do góry było niemalże puste, od czasu do czasu
były tylko zarysowane ściany lub dziwne malowidła, a na
portretach zawieszonych co kilkanaście schodków twarze były
wyrwane. Zrobiło się dość przerażająco i dziwnie.
Doszliśmy na samą górę, do pokoju, było tam zupełnie ciemno, nie liczyłem na to że znajdę włącznik światła ale o tym pomyślałem, byłem na tyle genialny że znalazłem jedną lampę naftową, gdy rozbłysła zaraz zrobiło się na tyle jasno ,że mogłem dostrzec cały syf panujący dookoła.
-To samo co w całym domu, czyli syf i tona wszystkiego.
-Chyba masz rację ale może pod tym wszystkim znajduje się coś cennego, w końcu to już tyle lat stoi. - powiedziała z nadzieją podnosząc jakąś starą szmatę ze stołu
-Ej a co to ? - spytała gdy zauważyła jakiś stary dzban, zdobiony niemirskimi kwiatami i stadem ślepych koni.
-Pokaż.
Szybko podszedłem  do niej i wziąłem to w dłonie
-Co za szkaradztwo, po co to komu ? - spytałem przyglądając mu się uważniej
Dzban był fioletowy, miał na sobie dziwne runy i wspomniane wcześniej ślepe konie i niebieskie kwiatki. Wieczko było zapieczętowane woskiem.
-Ej zobaczmy co jest w środku !
Powiedziała entuzjastycznie Ivy i chciała wyrwać mi dzban ale się zaparłem i gdy puściła wywróciłem się na kamienny stół a dzban się potłukł w moich dłoniach.
Zawiał silny wiatr, wszytko dokoła szalało, kurz nas oślepił, książki latały z jednego końca do drugiego.
Zdążyłem zauważyć że Ivy dostała książką i leży na podłodze.
Nagle mnie coś uniosło i straciłem przytomność, ale nie na długo może 5 min. Zaraz gdy tylko doszedłem do siebie zabrałem Ivy i opuściłem wierzę wiatr już ustał i było spokojnie. Niebezpiecznie się jeszcze tyko zrobiło gdy wnosiłem dziewczynę do domu a dachówka omal nie palnęła ją w głowę.
Położyłem ją na starej kanapie w salonie i czekałem aż się obudzi.
-Ivy ? Zawieść Cię do lekarza czy coś ? - spytałem gdy zaczęła się budzić
-Michael ? Nie ! Zostaw mnie !
Gwałtownie zerwała się z łóżka i stanęła w koncie pokoju
-Ej co jest ? Byliśmy w wieży, zawiał wiatr, książka cie uderzyła i straciłaś przytomność, czemu się mnie boisz ?
Pomyślała chwilę i się uspokoiła
-W sumie nie wiem, nie pamiętam. Przepraszam coś mi odbiło ale chcę już wracać do domu.
-Nie ma sprawy (No ładne to jej zaimponowałem, ale w sumie nie szukam dziewczyny tylko chcę poznać ludzi, ale z nią jeszcze nie skończyłem jest istotna)
Odwiozłem ją do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz